Wakacje Wenezuela: Canaima, Orinoko i Los Llanos

Salto Angelwakacje Wenezuela

Victoria z reguły ma dobre pomysły. Ufam zarówno jej znajomości fachu organizatora wyjazdów, jak i wierzę w intuicję podróżnika. Ale skąd u licha pomysł na Wenezuelę – wakacje Wenezuela? Moja wiedza o Wenezueli ogranicza się do trzech haseł: Caracas (czyli stolica – pamiętam z geografii jeszcze z czasów ogólniaka), Hugo Chaves (bo trudno było nie usłyszeć w mediach o dzielnym prezydencie) oraz ropa naftowa (też kłania się lekcja geografii). Wiem jeszcze, rzecz jasna, gdzie Wenezuela leży. Tyle mojej wiedzy. Tymczasem moja szanowna małżonka zarządza wyjazd i zaczyna organizowanie grupy. Jasne, że pojadę – ale tym razem obiecuję sobie wyjazd ze świeżą głową, bez dowiadywania się zbyt wiele zawczasu. Przygotowania ograniczam zatem do obejrzenia dokumentu o rewolucji boliwariańskiej oraz kilku scenek filmu z panem Wojciechem C. polującym na anakondę. Z takim przygotowaniem rozpoczynam pakowanie walizek. Ten na zdjęciu obok, to akurat Seba, a nie ja, ale on też pakował swoje walizki 🙂

Początek

Przylot o czasie. Jak się niedługo okaże, to jedyny lot, który odbył się zgodnie z planem. Zostajemy uprzedzeni, że zarówno lotnisko, jak i całe Caracas to miejsca, gdzie należy bacznie pilnować swojego dobytku – zatem pilnie stosujemy się do zalecenia. Po sprawnym odebraniu bagaży, pchając wózeczki przemieszczamy się na terminal krajowy, aby złapać samolot do Ciudad Bolivar. Jest około piętnastej, a nasz lot zaplanowany na 17:20 będzie opóźniony może o dwie godziny. Dla odmiany lot planowany na czternastą jest opóźniony o trzy godziny i prawdopodobnie będzie o szesnastej. Trochę to zagmatwane, ale może uda nam się nim polecieć?

To pierwsza z wielu sytuacji, które w najbliższych dniach nauczą nas, że w Wenezueli do czasu i terminowości przykłada się kompletnie inną wagę niż np. w Europie. Samolot może będzie za godzinę, może za pięć – ale co to za różnica? Będzie, jak doleci. A jak nie doleci, to może będzie jutro?.. Pierwszego dnia próbujemy jeszcze z tym walczyć: intensywnie dopytujemy obsługę „kiedy, o której, za ile minut?…” – ale to absolutnie bezsensowne czynności. Obsługa po prostu nie rozumie naszego głodu wiedzy. Już za chwile nauczymy się także, że jeżeli pani kasjerka w okienku akurat je kanapkę, a Ty się niezmiernie śpieszysz, to popędzanie jej jest najgorszą z możliwych opcji. Nauka takiego postrzegania czasu idzie nam nadzwyczaj sprawnie.

Krótki pobyt na lotnisku to także moment na wymianę waluty. W Wenezueli (podobnie jak w Polsce kilkadziesiąt lat temu) obowiązują równocześnie dwa kursy wymiany. Oficjalnie za dolara otrzymasz 6 Boliwarów, ale podczas z wymiany u cinkciarza dostaniesz już 45 Boliwarów (miesiąc później już 55 Boliwarów). Druga analogia do Polski sprzed lat to galopująca realna inflacja oraz ciągłe dopisywane zer na nominałach banknotów. Nasze 50 Boliwarów to tak naprawdę 50.000 Boliwarów. Efekt: nawet plecaczek jest za mały, aby pomieścić nasze wymienione pieniążki – potrzebujemy na nie duuuuużej torby 😉

Miasto Bolivara

Wenezuela Ciudad Bolivar Ameryka Łacińska uwielbia bohaterów. Uczucie często jednak przybiera formę bezkrytycznego idealizowania dokonań danego człowieka – i taki właśnie los stał się udziałem Simona Boliwara. Bezsprzecznie, Simon Bolivar był jednym z największych bohaterów Ameryki Łacińskiej w okresie odzyskiwania niepodległości na początku XIX wieku. Niestety, jego późniejsze rządy w Wenezueli okazały się okresem tyranii i dyktatury – o czym piewcy jego dokonań zdają się zapominać. Dzisiaj w każdym mieście Wenezueli znajdziemy plac, ratusz i co najmniej jeden pomnik Bolivara. Waluta – rzecz jasna także chwali jego imię. Zapoznanie z tym bohaterem, po banknotach kontynuujemy w mieście Ciudad Bolivar (Miasto Bolivara), stolicy stanu Bolivar.

Docieramy późno w nocy, ale nawet o tej porze miasteczko robi imponujące wrażenie. Czas jakby zatrzymał się tutaj kilkaset lat temu: budynki, uliczki, chodniki są żywcem wyjęte z obrazka miasteczka kolonialnego. Nawet poruszające się gdzieniegdzie po ulicach samochody, to amerykańskie krążowniki z połowy XX wieku – przerdzewiałe, charczące, ale także urokliwe i z duszą. Kwaterujemy się w posadzie don Carlos, miejscu, które śmiało mogłoby robić za scenografię do kolejnej części filmu o przygodach Zorro. Przed nami jeszcze wieczorna narada przed jutrzejszym dniem i prędziutko do łóżek, aby być wypoczętym przed naszym pierwszym, pełnym dniem w Wenezueli.

Canaima i prawdopodobnie najpiękniejsze góry świata.

Rolę naszej taksówki na lotnisko spełnia pięćdziesięcioletni Cadillac. Do krążownika mieści się nawet sześć albo siedem osób; kierowca otwiera drzwi i bagażnik śrubokrętem, deska rozdzielcza trzyma się kupy związana sznurkami. Sprawny jest jedynie silnik i nowe radio serwujące nam bachatę. Do Canaimy musimy dotrzeć samolotem – ale zanim do niego wsiądziemy, rzecz jasna musimy poczekać (może będzie za godzinę?)…

wenezuela-canaima-013Najpierw przelatujemy nad równinami, potem zahaczamy o dorzecze Orinoko, wreszcie wlatujemy pomiędzy góry. Lądowanie nad wyraz łagodne. Zaraz po opuszczeniu samolotu znajdujemy się w kompletnie innym niż dotąd świecie. Ciepło, wilgotno i baaardzo daleko do cywilizacji. Dotarcie do naszego celu (wodospadu Salto Angel) zajmie nam cały dzień. Czeka nas najpierw marsz pod górę do rzeki, a potem co najmniej 4 godziny w łodzi; płyniemy w górę Carrao. Wszystkie bagaże zostają szczelnie (nawet jak na wenezuelskie standardy) opatulone wodoodpornym brezentem. Początkowo przemierzamy równiny, w spokojnym nurcie, ale już po 2 godzinach robi się zdecydowanie ciekawej na i nad wodą. Posuwamy się zdecydowanie ostrzej pod górę – nurt robi się szybszy i bardziej wyboisty, chlapie. Mocno chlapie. W czasie suchej pory roku, rzeka sięgałaby nam może do kolan, w deszczowej może mieć miejscami kilka metrów głębokości i rwący nurt. W tej chwili mamy moment przełomu pomiędzy porą deszczową i suchą zatem miejscami musimy wyjść z łodzi, aby ją odciążyć na mieliznach. Czasami lawirujemy pomiędzy wystającymi z wody głazami, a czasami widzimy pod sobą dobre dwa metry przejrzystej wody. W miejscach, gdzie jest płytko i wąsko, nasi sternicy muszą na prawdę ostro lawirować pomiędzy głazami.

Do wodospadu docieramy na godzinę przez zmierzchem. Dzisiaj rezygnujemy już ze wspinaczki po zmroku i szykujemy się do noclegu. Na kolację: umyte w strumieniu i upieczone na metalowym pręcie przy ognisku kurczaki. Rolę łazienki pełni lodowata górska rzeka. Nocleg w hamakach. Jest dziurawy dach z mieszanki eternitu (tak, tutaj jeszcze się go używa) i plastikowych dachówek. Prądu ani ścian nie ma – bo i po co? Są za to wielgachne pająki (w ilościach hurtowych), ale do hamaków nie włażą oraz mnóstwo pełzającego i bzyczącego zwierza. Oraz gwiazdy – w ilości absolutnie niespotykanej. Oraz widok na Salto Angel – najwyższy wodospad świata.

Salto Angel

Pobudka przed świtem – o 3.30 rano. Póki co gruby sweter jest na wagę złota, ale już za 2 godziny będziemy utyskiwać, że strasznie dużo waży w plecaku. Przeprawa przez rzekę i rozpoczynamy wspinaczkę do wodospadu. Podchodzimy dokładnie od wschodu, zatem pierwsze promienie słońca zobaczymy na szczycie góry idealnie przed nami. Po chwili wchodzimy jednak w dżunglę i od tego momentu ważniejsze staje się sprawdzanie po czym (lub po kim) się stąpa. Wspinaczka zajmie nam dobre półtorej godziny, a z czasem będzie coraz bardziej stromo.

wenezuela-canaima-009

Pierwszy punkt widokowy jest na wysokości raptem 500 metrów, ale dotarcie do niego zajmuje nam sporo ponad godzinę. Poruszanie się w dżungli ostro pod górę jest zdecydowanie wolniejsze i bardziej męczące, niż by się tego człowiek mógł spodziewać. Ale dotarcie do tego miejsca z nawiązka wynagradza zmęczenie. Widok jest absolutnie przedni. Po jednej stronie: pionowa, kilometrowej wysokości ściana i spadające z niej tony wody. Po drugiej: widok na tepui (płaskie góry stołowe wznoszące się nawet na 2000 metrów od podłoża), rzekę, a dalej równiny Canaimy. Zimno i mokro – bo wszędzie unoszą się rozpylone kropelki wody i mgły. Kto odważny wyciąga aparat fotograficzny i robi zdjęcia. Po chwili odpoczynku przewodnik zaczyna dopytywać, czy mamy już ochotę wracać. Odpowiadamy, że idziemy wyżej. Kolejne 20 minut wspinaczki i docieramy do podnóża wodospadu. Głośno, zimno, mokro i mgliście. Jest za to „basen” – miejsce, gdzie spadająca woda uformowała mini jeziorko. Czy ktoś odmówi sobie kąpieli w lodowatej wodzie? Rzecz jasna nikt.

Po powrocie z wodospadu ekspresowe pakowanie dobytku, ładowanie do łodzi i ruszamy w drogę powrotną. Ta przebiega już zdecydowanie szybciej – bo z nurtem rzeki. W drodze odwiedzamy jeszcze jeden urokliwy wodospad – Salto el Sapo (czyli Wodospad Żab). O ile Salto Angel był niezmiernie wysoki i wąski, to Sapo jest niski, ale rozległy. Dokładnie pod urwiskiem prowadzi ścieżka: wybieramy się na spacer pod wodospadem. Widzialność miejscami ograniczona do 1 metra (przy założeniu, że zaryzykujesz otwarcie oczu). Słyszalności całkowity brak lub, jeżeli ktoś woli – słyszalność absolutna – dokładnie słuchać huk setek ton spadającej nad nami wody. Po zaliczeniu trasy oczywiście uwieczniamy się wszyscy na pamiątkowych zdjęciach. Niektórzy (ze mną na czele) próbują także, jak smakuje wenezuelska woda z wodospadu. Jak sobie pomyślę, że miało nas to ominąć (bo lokalesi próbowali nas zniechęcić, że zostanie nam za mało czasu na lunch), to aż nie mogę uwierzyć, że tak wspaniałe doświadczenie mogłoby nam umknąć.

Dalsza droga powrotna do Canaimy przebiega już spokojniej. Płyniemy po równinach, zatem nurt jest łagodny. Za naszymi plecami rozpościera się bajeczny widok na cały park narodowy – to doskonały moment na zrobienie pamiątkowych, pocztówkowych zdjęć.

Po dotarciu do Canaimy czeka nas pyszny obiad (w drodze wyjątku nie są to kurczaki, a spagetti), a potem super szybkie pakowanie i transport na pace ciężarówki na lotnisko. Piloci spieszą się na obiad do domu, więc albo nam pasuje i lecimy, albo zostajemy. To to lecimy, z wywieszonymi językami… Dzięki sprawności naszej Głównej Organizatorki oraz jej wenezuelskich partnerów jakimś samolotem wylatujemy (jakimś = nie tym, na który mieliśmy bilety). Lokalna gawiedź z paczkami, tobołkami i kurami w bagażu podręcznym zazdrośnie obserwuje wybrańców, którym udało się wsiąść do samolotu… Późnym popołudniem docieramy do Ciudad Bolivar i naszej posady. Wieczór postanawiamy zagospodarować na zwiedzanie miasteczka. A jest co oglądać.

Jeszcze więcej Bolivara

Ciudad Bolivar (Miasto Bolivara) to stolica stanu Bolivar. Od czego zatem innego moglibyśmy rozpocząć zwiedzanie, jeżeli nie od ratusza Bolivara na Plaza Bolivar przy Calle Bolivar? Oglądamy dumny pomnik Bolivara oraz wystawę na temat Bolivara w ratuszu (wyłącznie z zewnątrz, bo stężenie boliwarów na metr kwadratowy zaczyna być przytłaczające). Kolonialne miasteczko prezentuje się przepięknie: wąskie, górzyste, brukowane uliczki, wokół kolonialne, rewelacyjne zachowane domy i posady.

Na ulicach krążowniki z lat 50’s – aż strach zadać sobie pytanie, jak bardzo paliwożerne. Ale czy ktoś będzie się przejmował kosztami paliwa w Wenezueli – jednym z największych na świecie eksporterów ropy naftowej? Jako ciekawscy europejczycy zadajemy oczywiście pytanie o aktualną cenę benzyny. Okazuje się, że benzyna jest zdecydowanie tańsza niż woda! Litr kosztuje kilka groszy! W Wenezueli funkcjonują dwa rodzaje stacji benzynowych: „normalne” (z grubsza przypominające nasze) oraz „lokalne”. Ciekawe są zwłaszcza te drugie: najczęściej spotykana ich forma to kilka beczek i karnistów zlokalizowanych na skraju drogi, w asyście pana z papierosem i czerpakiem. Nikt nie trudzi się tutaj nawet precyzyjnym odmierzaniem litrów: paliwo jest sprzedawane na „zbiorniki”. Wyróżniamy zbiornik mały (auto osobowe) oraz duży (ciężarówka, autobus).

Chwilę po zmroku (zapada około 18) wybieramy się na spacer w mniej turystyczne rejony Ciudad Bolivar. Odwiedzamy szereg sklepów dla tuziemców oraz lokalny bazarek. W sklepach są liczne niedostatki, ale zaopatrzenie jest zdecydowanie lepsze niż się spodziewaliśmy. Obok octu i cukru na półkach królują słodycze, ale także nowe modele lalek Barbie i innych amerykańskich zabawek. Nie ma mleka (niedługo okaże się, jak bardzo nie ma). Maszynkę do golenia udaje mi się dostać dopiero w czwartym albo piątym sklepie. Alkohol jest, tani. Na ulicach króluje handel w wersji wózkowo – namiotowej (wenezuelski odpowiednik naszych łóżek polowych z lat ’90). Co 50 metrów wielki stragan z całą ścianą hiciorów na płytach CD. Sprzedawcy zagłuszają się wzajemnie wykorzystując do maksimum moc zdezelowanych kolumn podłączonych do starego odtwarzacza cd zasilanego przez akumulator samochodowy. Każda płyta obowiązkowo posiada okładkę z roznegliżowaną panią z biustem w rozmiarze co najmniej E. Króluje muzyka latynoska: bachata, merenge i salsa. Zaopatrzeni w najnowsze płyty (czy wpuszczą nas do UE z tak ordynarnie wykonanymi piratami?!) idziemy jeszcze na dłuższy spacer po nocnym Ciudad Bolivar, a potem grzecznie do łóżka. Jutro ruszamy nad Orinoko.

Delta Orinoko

wenezuela-orinoko-001Po czterech godzinach jazdy samochodem, po drogach nieporównywalnie lepszych od naszych docieramy do San Jose de Buja. To małe miasteczko portowe w delcie Orinoko. W tym miejscu przebiega granica pomiędzy cywilizacją, a dżunglą. San Jose de Buja jest miejscem przeładunku towarów pomiędzy dwoma światami. „Cywilizacja z lądu” dostarcza tutaj paliwo, silniki do łodzi i turystów z pieniążkami. „Dżungla” zasysa te dobra, a od siebie daje ryby i rękodzieło Indian Warao. Tutaj wszyscy okoliczni mieszkańcy przybywają na zakupy – bo począwszy od tego miejsca, dalej sklepów już nie ma przez setki kilometrów. Port (bardzo, bardzo niewielki i skromny) tętni życiem i mnogością miniaturowych dłubanych łódeczek z całymi indiańskimi rodzinami. Dla nas w tym miejscu rozpoczyna się przygoda z dżunglą – ładujemy plecaki do łodzi, wypsikujemy na siebie hektolitry nieskutecznych anty-komarów i ruszamy w dżunglę.

Orinoco Eco Camp

Camp leży o dwie godziny płynięcia szybką łodzią od San Jose de Buja. To jedyny możliwy sposób na dotarcie tutaj: drogami są kręte koryta rzek, poruszanie po lądzie (a raczej mokradłach) nie wchodzi w grę. Przez dwie godziny podróży widzimy raptem garstkę ludzi. Pozostali stali mieszkańcy tych regionów to kajmany, piranie, skorpiony, tarantule oraz caaaałe mnóstwo ptaków. Camp robi zdecydowanie pozytywne wrażenie pośrodku tej głuszy. Witający nas mówią komunikatywnie po angielsku – co należy w Wenezueli do absolutnych rzadkości. Są prawdziwe toalety i prysznice z czasami ciepłą wodą. Przez 8 godzin jest nawet prąd dla podładowania aparatów fotograficznych. Ostoja cywilizacji pośrodku głuszy. Kwaterujemy się w domkach (określenie na wyrost) z trzciny i bambusa. Na domek składa się trzcinowy dach, ażurowa podłoga z bambusowych drągów (uwaga, aby nic nie spadło, bo wyląduje w bagnie poniżej podłogi); palmowe liście pełnią rolę ścian i drzwi. Łóżko z porządną moskitierą i świeczki zamiast elektryczności. Domki są urocze i bardzo pasują do dżungli, dodatkowo mamy przecudny widok: ściany od strony rzeki zwyczajnie nie ma i mamy otwarty widok na jedną z odnóg Orinoko. O poranku huczenie i szum wyjców, w ciągu dnia widok na wodę, drzewa i niezliczone ptaki. Noc niektórych przyprawia o lekki dreszczyk, bo „co jeżeli wejdzie jakiś kajman i mnie zje?”. W tym urokliwym miejscu spędzimy 3 dni.

Polowanie na piraniewenezuela-orinoko-003

Zaczynamy od wieczornej wyprawy na piranie. Płyniemy łodzią (to jedyny w tym miejscu środek transportu) przez meandryczne zakola szukając zacisznego miejsca z płytką wodą – takie miejsca najbardziej lubią piranie. Najlepszą porą na wędkowanie jest świt albo zmierzch – wtedy rybki głodnieją i będą bardziej skore do akcji. Rolę wędek pełnią zwykłe kije z żyłką i haczykiem. Przynętą są kawałki ryb – niekoniecznie świeże. Pierwszy sukces osiąga Jacek i z dumą obnosi po łodzi małego, czerwonego, zębatego stwora. Ja za pierwszy podejściem łapię w dumą jakąś gałąź. Jeszcze kwadrans i sukces zaliczają prawie wszyscy.

Wyprawa do dżungli

Przygotowania zaczynamy od dobrania kaloszy – będą baaardzo potrzebne. Im wyższe, tym lepiej. Wskazane są także stroje „odporne na wszystko” oraz dużo antykomarów. Wstajemy o 5 rano – godzinę przed świtem. Do naszej grupki dołącza kilka osób z innych krajów, pakujemy się na łódź i ruszamy w dżunglę. Po zaparkowaniu pierwsi odważni zeskakują za przewodnikiem na brzeg i zapadają się po kolana w błocie. Pierwsze osoby (nie my!!!) rezygnują z dalszej wyprawy. Kilka zasad na początek:

  • ścieżki nie ma – przebijamy się przez bagno. Idziemy wyłącznie gęsiego – samowolne zejście na bok może oznaczać ugrzęźnięcie w błocie do pasa;
  • niczego nie chwytamy rękami, nawet jeżeli będziesz się przewracał, to trzymaj rączki przy sobie. Na gałęzi, którą chciałbyś złapać, może mieszkać żmija, skorpion albo inny nieprzyjemny stwór
  • gumiaki pomagają, ale nie należy oczekiwać, że pozostaną suche w środku. Prze kilka pierwszych kroków cieszyłem się, że mam wysokie cholewy i nic mi się nie wlewa. Do czasu pierwszego zapadnięcia się po kolana w błocie…
  • stojąc – zapadasz się. Zatem trzeba się poruszać, nawet wolno i małymi kroczkami. Warto także wykazywać się odwagą stawiając kolejne kroki. To, że zapadniesz się w bagnie po pas, jest wyłącznie kwestią czasu. Poszukiwanie suchszych miejsc i twardszego podłoża do postawienia stopy na dłuższą metę i tak nic nie da.

wenezuela-orinoko-012Zatem brniemy przez błoto do kolan albo pasa. Przewodnicy co chwila pokazują nam różniaste ciekawostki: jak zrobić mydło z liści, z których wycisnąć wodę do picia, a z których zrobić sobie czapeczkę; to można jeść, a tamtego absolutnie nie. Twardziele próbują wzorcem Antonia wdrapać się na palmę po orzechy. Komary ucztują. Po dwóch godzinach kierujemy się z powrotem w stronę łodzi. Przewodnicy proponują kąpiel w celu „wyprania” naszych ubłoconych ubrań. Tylko tak po cichutku, bo pod nami pływają piranie 😉 Nasza grupka wskakuje do wody, pozostali patrzą na nas, jak na wariatów. Podoba się nam na tyle, że razem z Natalią, Victorią i Sebastianem prosimy o powtórkę jutro rano. Antonio obiecuje zabrać nas na spacer w wersji hard: zabierze nas w zupełnie nowe, nieznane miejsce, gdzie będzie poszukiwał nowej trasy dla turystów; może będzie miło i sucho, a może zapadniemy się w błocie po szyję. Jak przebiegła ta część wyprawy pozostanie słodką tajemnicą wyłącznie naszej dzielnej, mega ubłoconej czwórki.

Warao – Indianie z Orinoko

Nawet w tak nieprzyjaznym miejscu żyją i mieszkają ludzie – Indianie Warao. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów znajduje się kilka stałych wiosek oraz mnóstwo pojedynczych domostw. Wraz ze zmianami pór roku (deszczowych i suchych) Indianie przenoszą się w bardziej przyjazne do życia rejony Orinoko. Gdy woda ustępuje obsadzają mikroskopijne poletka warzywami i maniokiem, budują zagrody dla zwierząt. Gdy woda się podnosi – zjadają co się da, resztę pakują na łodzie i przenoszą się w kolejne miejsce. Taki tryb życia determinuje także ich stan posiadania: cały dobytek człowieka ogranicza się zwykle do jednej torby. Wersja „na bogato” to jedna znoszona i dziurawa koszula, kilka garnków, maczeta i samopał. Do polowania na większe zwierzęta Warao używają muszkietów własnej produkcji: lufa z metalowej rury, kolba wystrugana z drzewa, rolę naboi pełnią gwoździe. Strzelba ładowana jest od tyłu: załadowanie gwoździa, zasypanie i ubicie prochu i odpalenie kurkiem skałkowym). Wersja dobytku „na ubogo” to maczeta i łódź.
Do budowy domów nie ma sensu przywiązywać uwagi, bo i tak za kilka miesięcy zostaną porzucone. Na dom zatem składa się ledwo trzymająca się całości podłoga, kawałek dachu pokryty liśćmi oraz miejsce na palenisko. Rodzina (wielodzietna i wielopokoleniowa) nie ma wygórowanych potrzeb – prowizoryczny dom w zupełności spełnia wymagania. Na wartościowszy składnik dobytku wygląda natomiast łódź – bez niej nie da się tutaj dostać praktycznie nigdzie. Najczęstsze widziane łodzie to wąskie, długie dłubanki wypalane i wyciosywane z pni drzew.wenezuela-orinoko-013

Rodziny nie sprawiają wrażenia zbytnio zajętych i zapracowanych: pożywienie jest wszędzie dookoła, na wyciągnięcie ręki (czy też wędki albo maczety), nie ma potrzeby zarabiania na zbytki. Jeżeli zachodzi konieczność zarobienia kilku bolivarów, zawsze można sprzedać złapane papugi albo ręczenie robione ozdoby. Podczas wizyt w domkach Indian kiełkuje mi w głowie jeszcze jedna osobliwa myśl: zwykle w trakcie podobnych egzotycznych wypraw mam wrażenie, jakby to, co oglądamy było przedstawieniem urządzanym na potrzeby odwiedzających turystów. Tutaj jest kompletnie odwrotnie: to Indianie zachowują się, jakbyśmy my zapewniali dla nich rozrywkę: odwiedzających można sobie obejrzeć, pochichotać z tego, jak śmiesznie są ubrani i że brzydzą się zjeść albo nawet wziąć do ręki dużą tłuściutką larwę. Tym razem to my pełnimy rolę atrakcji turystycznej do oglądania. W głowie zakwita myśl: a gdyby tak rzucić wszystko i zamieszkać w dżungli?

Po zakończeniu naszej przygody z Orinoko przenosimy się (opóźnionymi, a jakże) przelotami do Los Llanos.

Los Llanos, czyli równiny

wenezuela-los-lianos-005Jeszcze przed nastaniem czasów Chavesa i rewolucji, ogromne i żyzne równiny centralnej Wenezueli były własnością bardzo wąskiej grupy latyfundystów. Wraz z nastaniem rewolucji i przekazywania dóbr w ręce ludu pracującego, przedstawiciele nowej władzy złożyli właścicielom ziemskim propozycje nie do odrzucenia: dobrowolna odsprzedaż posiadanych ziem dla państwa albo wywłaszczenie za symbolicznym odszkodowaniem. Finansowo pierwsza propozycja była tylko nieco bardziej atrakcyjna, dodatkowym atutem było zachowanie większej pewności, co do bezpieczeństwa „odsprzedającego”. Po zakończeniu „reformy” część ziemi trafiła w ręce najbiedniejszych (stali się właścicielami ziemi, na której stoją ich domy wraz z symbolicznymi ogródkami okalającymi je), a z części utworzono olbrzymie gospodarstwa zarządzane przez Państwo. Do dzisiaj obowiązuje prawo, pozwalające zasiedlać nieużytki: każdy ma prawo osiedlić się i automatycznie zostać właścicielem nieużywanej ziemi – pod warunkiem, że będzie tę ziemię uprawiał. Podczas naszej wyprawy w jednym z takich gospodarstw planujemy spędzić kilka dni.

Pierwotny plan: wizyta w Posada Hato Cedral – ulubionym miejscu Wenezuelskich dygnitarzy. Po raz kolejny jednak polityka wywraca nasze plany do góry nogami: państwowa delegacje decyduje się na spędzenie weekendu na świeżym powietrzu, wskutek czego rezerwacje wszystkich innych gości zostają uprzejmie anulowane bez uprzedzenia. Informacja o tej „niewielkiej zmianie” dociera do nas w drodze. W związku z tym jedziemy do Hato Pinero.

Hato Pinero ma powierzchnię kilku tysięcy kilometrów kwadratowych(!!!) i jest jednym z największych w Wenezueli. Można tu zobaczyć ponad 500 różnych gatunków zwierząt (w tym 350 gatunków ptaków). W księdze gości odnajdujemy wpisy m.in. byłych prezydentów USA i innych dygnitarzy. To stosunkowo nowe rancho – funkcjonuje od niespełna 10 lat, rok wcześniej zostało gruntownie wyremontowane i jest na „na dorobku”. Jako nowy i jeszcze mniej znany obiekt zabiega o swoją markę, co oznacza dla nas większe niż zwykle starania gospodarzy o naszą satysfakcję. Pracuje tu kilkadziesiąt osób, zajmując się głównie hodowlą bydła. Gospodarstwo pełni także rolę „agroturystyki” (nie jestem pewny, czy takie pojęcie w ogóle jest używane w Wenezueli). Kwaterujemy się w pięknej, stylowej hacjendzie, wita nas obiad ze świetnie przyrządzonych steków (odmiana od wszechobecnych kurczaków). Spędzimy tu kolejne 3 dni, w trakcie których naoglądamy się kapibar, kajmanów i niezliczonych gatunków kolorowych ptaków, pojeździmy konno.

Po zakończeniu wizyty w Los Llanos zaczynamy podwodną część naszej wyprawy i przenosimy się na atol Los Roques. Czytaj dalszą część relacji z wyprawy do Wenezueli.

Tagi strony: , , ,

Zobacz także najnowsze oferty naszych wyjazdów nurkowych:

Napisz komentarz: