Wakacje Mozambik RPA – relacja

rpa-dzieciaki.jpgwakacje Mozambik RPA

Pierwsza myśl o RPA i Mozambiku to bardzo mili, uśmiechnięci, życzliwi ludzie. Wszyscy bardzo dbają, aby wypoczynek turysty był udany, ale zupełnie w inny sposób, niż np. w Egipcie – wakacje Mozambik RPA to wspaniała sprawa. Tutaj nikt nie jest nachalny, nie wyciąga ręki po napiwek, każdy się uśmiecha i stara Ci się pomóc. No może poza tymi, którzy nie mówią w żadnym obcym języku i mogą się jedynie uśmiechać 🙂

Druga kwestia, to bezpieczeństwo. W RPA i Mozambiku czuliśmy się bezpiecznie. Jedynie w Johannesburgu zgodnie z zaleceniami praktycznie nie wysiadaliśmy z samochodów. W pozostałych regionach RPA i w Mozambiku chodziliśmy po ulicach także w nocy i czuliśmy się bardzo bezpiecznie.

Trzecia kwestia, to pogoda. Ta jest dosyć zmienna, a wszelkie prognozy można sobie odpuścić. Jak był zapowiadany deszcz, to było słońce, jak miał być sztorm, to się przejaśniało 🙂 Jak miało być gorąco, to było kilka stopni mniej, jak miało być 20 stopni, to było 30… Szczytem wszystkiego był Cape Town, gdzie pogoda potrafiła się zmienić diametralnie kilka razy dziennie i prognozy były uaktualniane co godzinę.

zwiedzanie-rpa-2.jpgPoniżej dosyć szczegółowa relacja z naszego wyjazdu. Jak widać na zdjęciu 🙂 ze skupieniem dbałam o naszą grupę i jednocześnie, jak każdy wielbiciel podróżowania i przygody, cieszyłam się każdą chwilą. Zapraszam także na kolejne wyjazdy do RPA i Mozambiku. Ja na pewno tam wrócę, bo bardzo mi się podobało i mam ochotę na więcej.

30.10. wylot z Warszawy, przylot do Monachium. Bardzo przyjemny terminal Lufthansy z pyszną kawką i herbatkami dla podróżnych gratis. Bardzo miły gest Lufthansy spotkał się z naszym zadowoleniem. Mieliśmy parę godzin czekania, więc spacerowaliśmy sobie po lotnisku, zakupiliśmy „niewidzialne” saszetki na pas pod ubrania, zjedliśmy pastę w jakiejś knajpce i wsiedliśmy do następnego samolotu.

johannesburg-1.jpg31.10. Lądowanie w Johannesburgu. Ciepło, może nie upał, ale zdecydowanie ciepło. Po drodze z lotniska szybko zwiedziliśmy Johannesburg. Jest to praktycznie JEDYNE miejsce w RPA, gdzie zwiedzanie odbywało się z okien samochodu, bo praktycznie biali po ulicach nie chodzą. Nawet do sklepów jeżdżą samochodem i wysiadają z nich w parkingach podziemnych. Na ulicy prawie nie ma ludzi, za to samochodów mnóstwo. Byliśmy zszokowani widząc centrum Johannesburga. Większość wieżowców stoi opuszczona i centrum miasta praktycznie zamiera. Większość osób i biznesów wyprowadziła się na obrzeża miasta. Nawet słynne wieżowce są zabarykadowane do trzeciego piętra i zieją pustką. Po wyjechaniu poza centrum oglądamy przepiękne uliczki z willami ozdobione kwitnącymi żakarandami. Co chwilę otwieram okno, żeby wpuścić do środka ich zapach. Ten obraz pięknie kwitnących drzew i słodki, orzeźwiający zapach, na długo pozostaną w mojej pamięci.

Po dojechaniu do naszego miejsca zakwaterowania bierzemy szybki prysznic i ruszamy na zwiedzanie. Po drodze możemy zobaczyć, jak wygląda codzienne życie na wsi, jak też paskudne blokowiska w miastach, zabiegi upiększające u przydrożnego fryzjera, czy też powrót do domu z zakupami na głowie.

Docieramy do Pretorii, która prezentuje się okazale, zwiedzamy główne części miasta.

Następnie przejeżdżamy do Sun City. Kilka lat temu oglądałam wybory Miss Świata w RPA i miałam ochotę zobaczyć to miejsce tak pięknie przedstawione w telewizji. Na żywo okazało się nieco mniejsze, ale i tak imponujących rozmiarów.

Zwiedziliśmy kasyna oraz The Palace of the Lost City – jeden z najdroższych hoteli świata. Przeszliśmy Mostem Czasu (The Bridge of Time), który porusza się, dymi itd. Podziwialiśmy przepiękną plażę ze sztuczną falą oraz wspaniały ogród.

rpa-kopalnia-1.jpgW czasie powrotu do Johannesburga przejechaliśmy koło kopali złota oraz platyny, wyglądających tak niepozornie, że dwa razy pytam, czy to aby na pewno czynne kopalnie. Okazuje się, że w momencie transportu pojawiają się uzbrojeni wartownicy, a na szczycie budynków lądują helikoptery, które zabierają ładunek i szybko znikają. Przy okazji warto wspomnieć, że zarówno kopalnie złota, jak też platyny są w większości w prywatnych rękach, ale mają obowiązek całość wyrobku sprzedać spółce z kapitałem państwowym, która dalej odsprzedaje kruszce.

Po kolacji ostatnie rozmowy z kontrahentami i przygotowanie na przybycie kolejnej części grupy.

1.11. spotkanie na lotnisku i wylot do Mozambiku. No przynajmniej w teorii, bo faktycznie nieco opóźniony z przyczyn „operacyjnych”, za które zostaliśmy kilkakrotnie przeproszeni. Jako, że bezpośredni samolot leci tam tylko raz dziennie i to do tego jedynie 3 razy w tygodniu, cieszyliśmy się, że w ogóle dolecieliśmy. W sumie nocleg dodatkowy na koszt linii lotniczych byłby miły, ale woleliśmy udać się już do Mozambiku na spotkanie pięknych plaż…

Po wylądowaniu miły szok kulturowo – urbanistyczny. Lotnisko to barak, miły Pan skrupulatnie przyjmuje pieniążki na wizy, kantoru brak, czegokolwiek innego też. Po wyjściu z lotniska pojechaliśmy busami wymienić trochę gotówki. Ewa chciała wybrać pieniądze z karty, ale bankomat nie chciał się na to zgodzić. Pozostali mieli gotówkę, więc daliśmy radę. Bank było oczywiście nieczynny, więc wymieniliśmy trochę pieniędzy w sklepie i pojechaliśmy dalej. Drogą (a właściwie bezdrożami) dojechaliśmy do naszego ośrodka. Tabliczka wjazdowa była całkiem wypasiona, ale cała reszta na szczęście już nie. Zamieszkaliśmy w klimatycznych domkach z własnymi łazienkami. Łazienki wzbudziły entuzjazm, gdyż elektroniczne termy były całkiem nowoczesne, jak na chatki kryte strzechą. Wygodne łoża z moskitierą sprzyjały szybkiej drzemce. Ale nie daliśmy się i udaliśmy się na kolację.

mozambik-plaze-4.jpgWybraliśmy elegancką restauracje z bardzo dobrym jedzeniem, ale zbyt długim czasem oczekiwania – 50 minut. Potem okazało się, że to standard, większość restauracji tyle potrzebuje, żeby podać posiłek. Po kolacji szybka impreza integracyjna i do łóżeczek. Acha, zobowiązałam każdego do zmoczenia chociaż stóp pierwszego dnia, ale plaża była tak szeroka, że nie każdy doszedł do morza 🙂

2.11. pobudka i spotkanie na śniadaniu o godzinie 7:00. I tu znowu okazało się, że czekaliśmy na jedzenie 50 minut… taki standard… śniadanko było bardzo smaczne, ale postanowiłam ich przechytrzyć, aby nie czekać tak długo. Zrobiłam zamówienie u szefa restauracji na następny dzień, abyśmy dostali szybciutko jedzenie.

Po śniadanku udaliśmy się do bazy nurkowej. Po w miarę szybkim… no dobra, po wolnym zebraniu się w końcu byliśmy gotowi. Briefing był wyjątkowo długi i szczegółowy. Technika nurkowania jest nieco inna, niż w większości krajów, dlatego poprosiliśmy o jeszcze jedno powtórzenie omówienia nurkowania. Poniżej zdjęcia, które nie są w stanie oddać techniki wypływania na nurkowanie. Wkrótce poniżej pojawi się krótki film pokazujący samą technikę wsiadania na łódź i wysiadania na brzeg 🙂

Popłynęliśmy około 25 minut na południe na rafę Manta Reef. Po drodze spotkaliśmy rekina wielorybiego i niektórzy wskoczyli do niego do wody. Nie spodziewałam się już przy pierwszym wypłynięciu tak szybko aż takich atrakcji i nie miałam przygotowanej kamery, więc muszę się posiłkować zdjęciami innych szczęśliwców. Jacek był szczególnie zadowolony z bardzo bliskiego spotkania. Od tego czasu Edzia poluje na rekina wielorybiego, żeby także spełnić swoje marzenie. Na pewno niedługo jej się to uda 🙂

Po nurkowaniu udaliśmy się na spacer po centrum miasteczka. Centrum to trochę zbyt szumnie powiedziane, jak kolega stwierdził „fajna dziura”. Wieczorkiem wypad do knajpki na owoce morza, część osób kupiła langusty i dała do przyprawienia naszemu kucharzowi.

Jako, że Ania i Maciek nie nurkują i lubią zakwaterowanie o najwyższym standardzie, zmieni swój domek na apartament przy samej plaży. Od tej pory zapraszali na wieczorki na tarasie z widokiem na ocean. Zresztą na całej trasie dostawali już tylko najlepsze pokoje, gdzie czasami robili imprezy, a czasami nie wiem, co robili 🙂

3.11. jednak się udało. Śniadanie miało być na 7:15 i było już o 7:22. 🙂
Wypad na nurkowanie, ponieważ grypa mnie trochę łapała to odpuściłam sobie pierwsze nurkowanie i wygrzałam się na słoneczku, ale na drugie nurkowanie już poszłam. No i fajnie, bo rafa blisko, kolorowa, całkiem fajne nurkowanie.

Między nurkowaniami z przyjemnością relaksowaliśmy się na plaży przed centrum nurkowym.

Po południu poszliśmy na targ i ci, co się znali kupili rybę i langustiny. Ryba okazała się być nieświeża (swoja drogą nieźle ją zamaskowali, nawet oczy zdawały się świadczyć o jej świeżości), więc wylądowała w koszu (ehh nie taka sobie po prostu ryba, tylko metrowa barakuda). Na szczęście langustynki były świeże i zostały przez naszego kucharza rewelacyjnie przyrządzone. Po kolacji udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

4.11. ostatni dzień nurkowania i ostatnie szansy na manty. Owszem, manty się pokazały, szkoda tylko, że nie naszej grupie… to oznacza, że nadal moja pierwsza manta jest jeszcze przede mną. Pewnie jest mi dopiero pisana na nurkowaniu na YAP i Palau.

Pierwsze nurkowanie ok, ale drugie to było super. Znowu Manta Reef, ale tym razem ogromna ilość ryb, olbrzymie ławice, zupełnie inaczej niż poprzednio. Wielki Potato Bas dawał buziaka przewodnikowi i wszystkim chętnym.

Potem poszliśmy na lokalną kolację, podczas której mogliśmy spróbować domowej kuchni mozambickiej. Najbardziej oryginalną potrawą jest matapa, którą przyrządza się około 2 godzin z zieleniny, mleka kokosowego i orzechów. Dodatkowo były ryby i mięso z curry, a także kalmary. Kuchnia lokalna nie przypadła nam szczególnie do gustu, więc od tej pory postawiliśmy głównie na owoce morza i zjadaliśmy ich ogromne ilości.

lotnisko-w-mozambiku-1.jpg5.11. Nadszedł czas na pożegnanie z Mozambikiem. Pakowanie, ostatni odpoczynek na plaży i jesteśmy gotowi na dalszą przygodę. Na dalszy lot czekaliśmy na bardzo klimatycznym lotnisku w Mozambiku. Przelecieliśmy do Maputo, stolicy Mozambiku bardzo nowoczesnego w stosunku do pozostałej części kraju.

Rozpoczynamy część ze zwiedzaniem, ku radości i zainteresowaniu całej grupy…

Po przejechaniu przez granicę zatrzymaliśmy się na nocleg w prześlicznym lodgu w Komatipoort, gdzie właścicielką była przemiła Angielka. Zadbany każdy szczegół, dzbanki w kształcie słonia, pięknie podane śniadanie, to wszystko nas bardzo urzekło.

kruger-park.jpg6.11. Kruger Park. Wyruszyliśmy na spotkanie rozmaitych zwierząt afrykańskich. Większość ludzi ma ochotę na Big Five (Wielką Piątkę), czyli lwa, bawoła, słonia, nosorożca i lamparta, mnie cieszyło każde zwierzątko, nawet 275-ta antylopa. Największe wrażenie zrobiły na mnie lwy wylegujące się przy drodze. W sumie miałam nawet niedosyt, mimo, że spędziliśmy przy nich dłuższą chwilę. Były tak piękne, że nie mogłam się napatrzeć. Z zachwytem oglądałam także ciężkie hipopotamy zgrabnie pojawiające się i znikające z powierzchni rozlewiska. Towarzyszyły im równie piękne krokodyle. Nosorożce swoją gracją i dostojnością podczas spaceru pozostawiły niezapomniane wrażenie. Ciekawą niespodzianką dla wszystkich były małpy z niebieskimi jądrami. Nie mogłam sobie odmówić sfotografowania bardzo pięknych „tyłów” antylop, przez które nazywane są McDonald’sami. Czy słusznie? Oceńcie sami 🙂

Wieczorem wybraliśmy się na ogromne steki i żeberka, a następnie na nocleg w lodgu w Hazyview. Tu wyjątkowo zdania były podzielone, niektórym podobały się nasze przestronne chatki, dla mnie były one trochę za skromnie urządzone. Wolałam przepych poprzedniego lodga.

7.11. Najpierw postanowiliśmy, że pojedziemy do miejsc, gdzie mieszkają udomowione dzikie zwierzęta. Najpierw wybraliśmy się do hipopotama Jessica, znanemu niektórym z nas z reportażu Martyny Wojciechowskiej z TVN. Panowie przy okazji poplotkowali z miejscowym opiekunem hipopotama i obiecali przesłać mu egzemplarz rozebranych zdjęć Martyny sprzed kilku lat. Pan był bardzo zachwycony, że będzie mógł poznać więcej szczegółów Martyny, bo bardzo mile ją wspominał.

jessica-hippo1.jpgHipopotam został uratowany kilka lat temu przed powodzią i stał się przyjacielem rodziny, a także jej źródłem utrzymania. Goście odwiedzający gospodarstwo mogą nakarmić oraz napoić Jessicę, a także pomasować jej kark bosymi stopami. Jessica sprawia wrażenie bardzo zadowolonej z pieszczot. „Pracuje” tylko kilka godzin dziennie, w godzinach karmienia. Aby się z nią spotkać trzeba się zapowiedzieć, no i trzeba dużo szczęścia, żeby tam trafić, nawet, jeżeli się tam już kiedyś było. Oznakowanie praktycznie nie istnieje, a każdy z napotkanych tubylców, pytany o hipopotama, robił tak samo głupią minę. Dopiero spotkany po pół godzinie inny turysta potwierdził, że znajdujemy się na właściwej drodze. Tym razem zapamiętaliśmy sobie miejsce zamieszkania hipopotama w GPS i już nie będziemy mieli więcej problemów z trafieniem.

oswojony-gepard1.jpgPotem wybraliśmy się na spotkanie z oswojonym gepardem, który mieszka na jednej z farm. Jest tak udomowiony, że można się do niego przytulić, jak do pieska. Zresztą razem z nim mieszka piesek i jest nieco zazdrosny, zupełnie nie rozumiejąc dlaczego wszyscy chcą sobie robić zdjęcia z gepardem i przytulać go, a pieska pozostawiają nieco na uboczu. Edzia, wielbicielka psów wygłaskała sprawiedliwie zarówno geparda, jak też pieska i ten ostatni poczuł się szczęśliwy. Trudno było się rozstać z przesympatycznymi zwierzakami, ale czekało na nas jeszcze dużo atrakcji tego dnia.

Następnie udaliśmy się na trasę tzw. Panoramicznej Drogi (Panoramic Route) rozciągającej się wzdłuż przełomu rzeki Blade po jego zachodniej stronie. Zatrzymaliśmy się przy punktach widokowych w tym God’s Window (Okno Pana Boga), w miejscu, gdzie są doskonale widoczne trzy cylindryczne wzgórza nazywane Trzema Siostrami („Three Sisters” lub też „Three Rondavels”) oraz kanion rzeki Blyde (trzeci największy kanion na świecie).

Następnie przejechaliśmy obejrzeć Bourke’s Luck Potholes, przepiękne zagłębienia w korycie rzeki utworzone przez tysiące lat wirowania wody, gdzie rzeka Treur River wpada do Blyde River. Te niezwykłe formacje skalne zostały nazwane od nazwiska Toma Bourke’a, który odkrył je poszukując złota.

Po południu odwiedziliśmy pionierskie miasteczko Pilgrim’s Rest, gdzie były odkryte pierwsze złoża złota w RPA. Miasteczko jest żywym skansenem epoki pionierów i poszukiwaczy złota i często gości uczestników zawodów poszukiwaczy złota.

Po pełnym atrakcji dniu udaliśmy się na zasłużony wypoczynek. Tym razem gościł nas przemiły pan prowadzący niewielki pensjonat z czasów kolonialnych. Z radością odpowiadał nam o tradycji swojej rodziny oraz o historii mebli kolonialnych, tak cudownie sprzyjających odpoczynkowi.

ochrona-przed-aids-1.jpg8.11. Rano udaliśmy się na wymianę pieniędzy, jak zwykle nie było to łatwe. Ciekawe, że różne banki mają różne zasady wymiany pieniędzy. Niektóre nie wymieniają pieniędzy w weekendy, niektóre oddziały tego samego banku na jednej ulicy wymieniają pieniądze, a dwie ulice dalej już nie. Nawet stali mieszkańcy nie bardo potrafią wytłumaczyć reguły funkcjonowania banków i urzędów.

Jak już jesteśmy przy urzędach, to warto wspomnieć, że władze Afryki starają się walczyć z rozprzestrzenianiem się wirusa HIV. Na granicach i w urzędach są rozdawane darmowe prezerwatywy, szeroko zakrojona jest kampania informacyjna w sprawie AIDS.

Przekraczamy granicę i przejeżdżamy przez Swaziland. Przez kilkadziesiąt kilometrów nie było ani jednego drogowskazu, Internet, ani telefon oczywiście nie działały.

Po drodze mogliśmy podziwiać „nowoczesną” stację benzynową – tak, tak, to ta stacja na kółkach z beczką paliwa oraz kopalnię azbestu.

Kierowca nie chciał wierzyć babom i GPS-owi, więc nadrobiliśmy trochę kilometrów i do Sodwana Bay dojechaliśmy po ciemku. Zakwaterowaliśmy się w domkach (jeszcze niedawno było tam tylko pole namiotowe), szkoda, że łazienki odkryliśmy dopiero rano.

9.11. nurkowanie w Sodwana Bay, miejscu uważanym za najlepsze miejsce nurkowe w RPA. Bardzo ciekawa rafa, nieco inna niż w Egipcie, ale mnóstwo małego życia. Popołudniu przejazd przez St. Lucia, gdzie znajdują się rozlewiska wodne. Zjedliśmy tam przepyszny lunch z owocami morza, ale ponieważ pogoda nam nie sprzyjała, więc odpuściliśmy sobie przejazd statkiem. Wyjazd do Unkomaas, nocleg w przepięknie urządzonym Lodge u bardzo życzliwej Angielki.

[nggallery id=275]

10.11. nurkowanie w Aliwal Shoal z rekinami Ragged Touth. Rekiny unikalne w skali światowej z paskudnie krzywymi zębami (lub też z prześlicznie krzywymi zębami). W jaskini spotkaliśmy ich kilka, pływały koło nas w kółko, podobno nawet blisko mnie, ale byłam zajęta czymś innym 🙂

11.11. nurkowanie w Shelly Beach w miejscu nurkowym Protea Banks. Można tu zrobić „baited dive”, czyli karmienie rekinów. Podczas, gdy na Aliwal Shoal karmi się głównie Black Tipy, tutaj przypływają także Tiger Sharks, Zambezi (Bull Sharks). Przynęte wrzuca się do wody i zawiesza na bojce obok łódki. Po pojawieniu się rekinów (po około 20 minutach) wskakuje się do wody. Ponieważ na Protea Banks są silne prądy, przynęta dryfuje z prądem, a razem z nią nurkowie. Rekiny kłębią się i ocierają o nurków. Podczas takiego nurkowania można zdryfować nawet kilka kilometrów. Przewodnicy zawsze płyną z bojką, więc łódka dokładnie wie, gdzie podążać za nurkami.

Nie zdecydowaliśmy się na karmienie rekinów i wykonaliśmy standardowe nurkowanie z rekinami. Na środku morza wyskoczyliśmy z łódki. Prąd był na tyle silny, że nawet nie próbowaliśmy się trzymać rafy, tylko daliśmy się ponieść. Przewodnicy wypatrywali rekinów, a my widzieliśmy głównie błękit i narkozę azotową. Adam po kilku minutach pokazał „zobaczcie, chyba rekin, ale ponieważ mnie trzepie narkoza, to nie jestem tak do końca pewny”. To był prawdopodobnie Zambezi (Bull Shark), ale ponieważ przewodnicy go nie widzieli, to nam nie mogli potwierdzić. Potem jeszcze kilkakrotnie widzieliśmy Black Tipa. Czy to był ten sam, czy kilka różnych krążących koło nas, to już pozostanie ich/jego tajemnicą.

Po nurkowaniu udaliśmy się na plażę, spacery itd., a potem pojechaliśmy do Durbanu. Tam nastąpiło gorące pożegnanie z grupą, która wracała następnego dnia do Warszawy, zwiedzając jeszcze po drodze Johannesburg i Pretorię.

ushaka-marine-world-1.jpg12.12. Durban – wczesna pobudka i wyjazd do największego parku wodnego w RPA – Ushaka World. Oprócz pokazów delfinów i fok, zjazdów z ogromnych zjeżdżalni (ja się nie odważyłam), ogromną atrakcją było oceanarium w pięknie stylizowanym okręcie. Warto wspomnieć też o alejce ze sklepami z oryginalnymi pamiątkami, które nieco spustoszyły nasze kieszenie. Po południu polecieliśmy do Cape Town, który jest uznawany za najpiękniej położone miasto na świecie. Na pewno jest piękne i bardzo ciekawe, zaskakuje swoją różnorodnością. Jest to najbardziej „białe” i cywilizowane miasto w RPA.

Przed snem poszliśmy na spacer do lokalnej knajpy przy wybrzeżu, gdzie także w środku tygodnia są imprezy.

13.11. O świcie wybraliśmy się na nurkowanie z rekinami białymi. Zbiórka na wyjazdy była o godzinie 5 rano. Wszyscy stawili się karnie i pojechaliśmy na spotkanie z tymi wspaniałymi rekinami. Po pół godzinie zadzwonił telefon i kierowca powiedział, że ma złą wiadomość – nurkowanie zostało odwołane z powodu sztormu. Spytałam, a jaka jest dobra wiadomość. Stwierdził, że to, że nie zmarzniemy w wodzie oczekując na rekiny. Byłam przekonana, że żartował, gdyż była piękna pogoda, ale on zawrócił. Jak mogliśmy się przekonać, nawet 50km dalej potrafi być zupełnie inna pogoda i może się szybko zmienić. Tak więc wróciliśmy do łóżek i pozwoliliśmy sobie jeszcze na chwilę snu.

cape-town-48.jpgPo powtórnej pobudce przejechaliśmy wybrzeżem Kapsztadu, gdzie na szczególną wzmiankę zasługuje malownicza Clifton, dzielnica położona na skarpie. Na poziomie drogi znajdują się prywatne parkingi, z których można zjechać windą do apartamentów i nad ocean. Następnie pojechaliśmy na Półwysep dwóch Przylądków – Przylądek Kapsztadzki, gdzie mieszają się prądy dwóch oceanów oraz Przylądek Dobrej Nadziei.

Mieliśmy okazję podziwiać wiele wspaniałych widoków…

… oraz spotkać przepiękne okazy fauny i flory:

Następnie popłynęliśmy w rejs na wyspę Dirken Island. Podczas drogi obserwowałam z Mariuszem kelp przez dno ze szklanym dnem z takim zainteresowaniem, że gdyby nie Adam, to przeszłaby nam koło nosa największa atrakcja – mieszkańcy wyspy – foki. Olbrzymią przyjemność sprawia obserwacja tych przepięknych stworzeń bawiących się na wyspie i w wodzie.

Po powrocie pojechaliśmy w odwiedziny do kolonii afrykańskich pingwinów.

Potem wybraliśmy się na wjazd na Górę Stołowa, gdzie przeżyliśmy chwilę grozy, gdy była awaria prądu. Okazało się jednak, że musieli uruchomić zapasowe generatory, które ściągnęły nas z powrotem.

Wieczorem udaliśmy się na imprezowanie na Long Street. Chodziliśmy od baru do baru, każdego w innym klimacie. Byliśmy w restauracji stylizowanej na typowo afrykańską z kapitalnie śpiewającym murzynem, a także w typowo białych knajpach oraz w spelunach, do których byśmy bez naszego przewodnika na pewno nie weszli. Czuliśmy się na Maksa bezpieczni i bardzo nam się podobało imprezowanie w Cape Town.

cape-town-40.jpg14.11. Ponownie wczesna pobudka i wyjazd na spotkanie z rekinami – żarłaczami białymi. Tym razem pogoda była dla nas łaskawsza i wypłynęliśmy w morze. Pogoda potrafi w tym regionie zmieniać się codziennie, dlatego warto zaplanować sobie wypłynięcie na spotkanie z rekinami już pierwszego dnia w Cape Town, aby w razie kaprysów pogody zostawić sobie zapas czasowy na ewentualną zmianę na następny dzień. Cały zresztą pobyt w Cape Town i w okolicy zawiera zapiski „jeżeli pogoda pozwoli”. Wszystkie programy zwiedzania są niezmiernie płynne i dostosowanie do warunków pogodowych. Jeżeli dana atrakcja jest niemożliwa rano, popołudniu może być już dostępna. My doświadczyliśmy kilku zmian pogody w ciągu zaledwie trzech dni i dzięki płynnemu programowi zwiedzania mieliśmy szansę na zobaczenie większości atrakcji.

klatka-na-rekiny.jpgOpowiadanie i przygotowanie przewodników oceniam na 5. Dokładnie pokazali na lądzie, jak będzie przebiegać nasze spotkanie z rekinami. Pokazali nam klatkę, opisali szczegółowo, jak należy się w niech zachowywać. Przede wszystkim nie można wystawiać za klatkę rączek, nóżek, aparatów, kamer itd, gdyż rekiny mogą pomyśleć, że to coś smakowitego i nas spróbować. Przewodnicy są bardzo wyczuleni na bezpieczeństwo, dlatego powtarzali nam wszelkie procedury do znudzenia. Nigdy u nich nie zdarzył się żaden wypadek i bardzo dbają, aby tak pozostało.

Po śniadaniu zabraliśmy aparaty oraz kamery i wypłynęliśmy. cape-town-41.jpgPo drodze ubraliśmy się w pianki, buty i kaptury nurkowe, aby było nam ciepło (mimo pięknego słońca wiało, a woda była raczej chłodna, chociaż i tak podobno wyjątkowo ciepła, bo aż 18 stopni. Po przypłynięciu na miejsce czekaliśmy… wreszcie pojawiły się. Najpierw zobaczyliśmy cień, potem przypłynęły bliżej, przy samej łodzi. Widzieliśmy zarówno młodziutkiego rekinka, jak również większe osobniki. Fakt, robią wrażenie, ale przyjemniej było na nie czekać na łodzi, niż w zimnej wodzie 🙂

Popołudniu wybraliśmy się do dzielnicy Victoria and Alfred Waterfront. Jest to dzielnica położona przy nabrzeżu Oceanu Atlantyckiego, gdzie mieści się mnóstwo restauracji, knajpek, odbywają się liczne koncerty i pokazy uliczne. Kilka godzin w tym miejscu wprawiło nas w doskonałe humory.

Następnie udaliśmy się do dzielnicy Camps Bay, gdzie ciągną się kluby wzdłuż całej ulicy i w niedzielę jest tam pełno życia. Na clubbingu z widokiem na ocean i palmy spędziliśmy kilka godzin.

15.11. Kolejny dzień zwiedzania, zaczęliśmy od sklepu jubilerskiego, w którym oglądaliśmy diamenty i uczyliśmy się różnic między różnym rodzajami diamentów. Następnie wyruszyliśmy zobaczyć ratusz miejski oraz Zamek Dobrej Nadziei.

Potem przejechaliśmy na zakupy na Green Market Square. Jest to bazarek z maskami i różnymi wyrobami lokalnej społeczności. Ceny to 1/3 tego, co w eleganckich sklepach oraz na innych byle jakich bazarach, jakość ta sam, wiec maska u mnie w domu wisi 🙂

Następnie odwiedziliśmy pracownie jubilerską specjalizującą się w biżuterii z diamentami i muszę przyznać, że diamenty mi się coraz bardziej podobają. Zamówiłam sobie stosowny diament u męża na 20 rocznicę ślubu, ma jeszcze kilkanaście lat, więc może zbierać pieniążki 🙂

Bardzo podobała mi się dzielnica kolorowych domów Bo-Kaap położona na zboczach Góry Sygnałowej (Signal Hill). Jest ona objęta nadzorem konserwatora zabytków i można odmalowywać domy jedynie na kolory, które pozwalają na zachowanie klimatu tej dzielnicy.

cape-town-22.jpgNastępnie udaliśmy się pod Katedrę St. George. Przy tej katedrze jest kawiarnia, w której biedni turyści mogą zjeść tani posiłek. Spróbowaliśmy także tego wariantu wyżywienia. Kawiarnia była bardzo fajna, rzeczywiście dosyć tania, klimat niesamowity. Nie spodziewaliśmy się, że tego typu miejsca mogą być tak ciekawie urządzone i mieć tak indywidualny charakter.

cape-town-33.jpgPo lunchu przeszliśmy obok letniej siedziby Parlamentu (RPA ma dwie stolice, Parlament urzęduje tam, gdzie są bardziej atrakcyjne warunki klimatyczne, w Pretorii lub w Kapsztadzie). „Na siłę” zostaliśmy zaciągnięci, aby zobaczyć Ogrody Holenderskiej Kampanii Wschodnio-Indyjskiej. Ogrody okazały się rzeczywiście imponujące.

cape-town-39.jpgNastępnie wyjechaliśmy na Górę Sygnałowa (Signal Hill) z przepięknym widokiem na miasto. Było tam widać z góry m.in. stadion, który jest bardzo podobny do budowanego w Warszawie Stadionu Narodowego, wiemy już mniej więcej, jak będzie się ten nasz prezentował.

Potem pożegnaliśmy się z Kapsztadem i udaliśmy się na lotnisko. Na lotnisku czekało nas przepakowywanie toreb, gdyż odprawiający wyjątkowo skrupulatnie dbali o wagę bagażu. W drodze powrotnej zaczęłam przeglądać zdjęcia, gdyż zarówno RPA, jak też Mozambik przyniosły wspaniałe przeżycia i z radością wspominam tę wyprawę oraz zapraszam na następne. Jeżeli Ty też chcesz wyjechać na podobny wyjazd sprawdź nasze propozycje. Pan Urzędnik Imigracyjny wywróżył mi, że niedługo wrócę do RPA i z przyjemnością trzymam go za słowo.

a na koniec…

Chciałabym z całego serca podziękować wszystkim uczestnikom za wspaniałą atmosferę i wyjątkowe poczucie humoru. Dzięki Wam, ten wyjazd był wyjątkowy! Dla Was zebrałam kwiaty w RPA i Mozambiku w podziękowaniu!

Poniżej krótki film z wyjazdu:

Victoria Iwanowska

victoria@victoriatravel.pl

P.S. Urzędnik, który powiedział „see you soon” wykrakał – jadę pod koniec czerwca do RPA na Sardine Run.

Tagi strony: , , , ,

Zobacz także najnowsze oferty naszych wyjazdów nurkowych: