Nurkowanie RPA

nurkowanie RPA

To nasza druga wyprawa do RPA. Poprzednia miała miejsce niecałe pół roku temu i niesamowicie zaostrzyła nam apetyty na Cape Town, nurkowanie, a zwłaszcza na Sardine Run. Wyprawa miała charakter rozrywkowo-nurkowy. Nasze plany to nocne życie w Cape Town, nurkowanie z rekinami i bited dive oraz wyjątkowy spektakl Sardine Run – nurkowanie RPA.

Zaczynamy od Cape Town

rpa-sardines-capetown013Cape Town wita nas ulewą. Nie tam byle jakim deszczykiem, ale prawdziwą ulewą. Do hotelu docieramy wczesnym popołudniem. Na nasze 3 dni w mieście wybraliśmy sobie jedyne w swoim rodzaju zakwaterowanie – hotel Daddy Long Legs. To niewielki hotelik położony w centrum miasta, przy najbardziej rozrywkowej Long Street. Hotelik zaiste jedyny w swoim rodzaju: każdy z pokoi został zaprojektowany i urządzony przez innego artystę; każdy ma kompletnie unikalny klimat. Dzięki swej wyjątkowości hotel zdobył wiele międzynarodowych nagród na najbardziej unikalne, pełne sztuki miejsce. Udaje się nam dogadać z recepcją, by każdą noc spędzić w innym pokoju. Pierwsza noc: pokój zaprojektowany przez artystę grafitti, z malowidłami i niesamowitą łazienką z policyjnym kogutem. Druga noc – pokój „Here you are”, wypełniony mapami świata z lokalizacją naszego położenia. Trzecia noc – pokój Emergency, z wystrojem sali operacyjnej i wiszącymi fartuchami pana doktora oraz siostry (młodziaki określiłyby to zapewne mianem kinky).

W Cape Town zwiedzamy Two Oceans Aquarium z gigantycznymi basenami z rekinami, karmieniem pingwinów i mega krabami, wybieramy się na spacer na V&A Waterfront. Idziemy do położonej na zboczu Signal Hill, malowniczej dzielnicy Bo-Kaap: to wyjątkowe miejsce, gdzie każdy domek jest pomalowany na inny, bajecznie pastelowy kolor. Zahaczamy oczywiście o zakupy na miejskim rynku. Nocne życie ciągnie nas do klubów z czarną muzyką, afrykańskimi śpiewami i tańcem. Ktoś mówił, że Afryka jest niebezpieczna? Późno w nocy przechadzamy się tętniącą życiem Long Street, z ulicami pełnymi roztańczonych i przyjaznych ludzi 😉 Pogoda jest absolutnie w kratkę: przez pół godziny mamy ulewę, a później wspaniałe słońce – także taki jest urok tego miasta. Mieliśmy jeszcze chrapkę na nurkowanie z rekinami w klatce – niestety sztormowa pogoda uziemiła wszystkie łodzie w porcie, mamy nauczkę, następnym razem przylecimy na dłużej, bo pogoda tutaj zmienia się zwykle co trzy dni (w dniu naszego wylotu łodzie już wypływały…).

Aliwal Shole

Po 4 dniach odpoczynku ruszamy do ciężkiej pracy – czekają nas najpierw rekiny w Aliwal Shoal a później Sardine Run. Zaczynamy od przelotu do Durbanu, a później zakwaterowania się w lodge z przesympatycznymi gospodarzami. Witają nas typowym RPA-skim grilem, określanym tutaj bra (jak się za chwile okaże, miejscowy angielski jest pełny dziwacznych skrótów – często kompletnie dla nas niezrozumiałych). Rewelacyjne żeberka w polewie miodowej plus perspektywa porannego nurkowania robią swoje – szybciutko do łóżek i szykować się na jutrzejsze rekiny.

Aliwal Shoal to jedno z miejsc nurkowych z absolutnej światowej czołówki; także ulubione miejsce nurkowań i filmów Jacquesa Cousteau. Rafy i ściany korali są oddalone od lądu jedynie o kilkanaście minut płynięcia motorówką, ale miejsce jest uznawane za jedne z trudniejszych do nurkowania. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą bardzo często trudnych warunków na wodzie (wysokie i bardzo nieprzyjemne fale, wybitnie utrudniające życie przy schodzeniu i podejmowaniu nurków; także przekładające się na dolegliwe choroby morskie) oraz silne prądy i falowanie pod wodą (nawet na kilkunastu metrach można doświadczyć falowania miotającego nurkiem jak korkiem od wina i prądu zrywającego maski z twarzy). Nurkowania z brzegu nie ma, bo fale rozbijające się o brzeg mają po kilka metrów wysokości. Dlatego na wszystkie nurkowania wyrusza się z zacisznej rzeki, później przebijając przez wzburzone fale i wypływając na otwarty ocean. Trzęsie i chlapie niemiłosiernie, ale zdecydowanie warto!

W planie mamy nurkowanie z rekinami – bited dive. Łódź parkuje na głębszej wodzie; zanim wejdziemy do wody załoga wabi rekiny na karmienie. Do tego celu używane jest wymyślne urządzenie, jak się potem okazało, zrobione ze… starego bębna od pralki. Metalowa tuba jest faszerowana resztkami rybiego mięsa i różnych oleistych cieczy (nasz przewodnik Tyler: Napchałem tam rybich resztek, wystawiłem na słońce, aby się kisiło i psuło przez 3 tygodnie – będzie smakowało rekinom!), łódź ciągnie ją za sobą przez dobrze pół godziny, tak, aby aromatyczne zapachy rozeszły się w wodzie. Już po kilku minutach naszą łódź otacza kilka oceanicznych black tip’ów smakujących przynęty. W grupie, z którą będziemy nurkować, cztery osoby jeszcze nigdy w życiu nie widziały pod wodą rekina – już teraz miny mają nie tęgie. Przychodzi do szykowania się do nurkowania i … mamy pierwsza awarię: Victorii pęka kryza w suchym skafandrze; na to nurkowanie pójdę bez mojej DB.

Zanurzamy się na kilkanaście metrów, gdzie na pływaku jest zamocowana nasza przynęta. Posiłki obsługuje Tyler: co chwila wydziela rekinom po kawałku smakowitego tuńczyka. Wokoło mamy kilkanaście oceanicznych black Tip’ów; na początku leniwie, z czasem z coraz większym zainteresowaniem uwijających się wokół naszych wabików. Odziedziczywszy po Victorii kamerę staram się nagrać spektakl, co, jak na początkującego filmowca podwodnego, wychodzi mi z niemałym trudem. Rekiny pływają dookoła, dosłownie ocierając się o nas; co chwila trzeba któregoś profilaktycznie zdzielić twardą obudową kamery po nosie, aby nie pozwalał sobie na zbyt dużo. O wiele bardziej nachalne od rekinów są jednak remory – półmetrowe ryby, przysysające się do rekinów, jak pasażerowie na gapę, w nadziei na pożywienie się resztkami. Remory także starają się ucztować na przywiezionych przez nas smakołykach, a gdy uda im się zgubić „swojego rekina”, uparcie krążą wokół nas, jak przy potencjalnych nowych darmowych taksówkach. Nurkowanie trwa prawie godzinę, wszyscy przeszczęśliwi wracamy na riba, a potem do bazy. Dzisiaj mamy w planie jeszcze jedno nurkowanie – niestety aura płata nam ponownie figla i nurek okazuję się klapą oraz przeprawą z nadzwyczaj ciężkimi warunkami pogodowymi. Pora na smaczną kolację, spotkanie z resztą grupy (dolatują dzisiaj z Polski) i wczesny wyjazd na sardynki.

Sardine Run

Sardynki żyją w zimnej wodzie, a wschodnie wybrzeże RPA to jedno z ich ulubionych miejsc odbywania tarła (przoduje w tym region Cape). Co roku, na przełomie czerwca i lipca, w rejonie Port St. Johnes ma miejsce osobliwe zjawisko przyrodnicze: płynący z północy wzdłuż wybrzeża ciepły Prąd Mozambicki (i dalej Aguilhas) zderza się z zimnymi masami wody nawiewanymi przez wiatry znad oceanu. Ochłodzenie oceanu w tym miejscu otwiera sardynkom nowe połacie zimnej wody. Rybki wpadają jednak w tym miejscu w swoistą pułapkę: zamknięte na niewielkiej przestrzeni padają łupem zbierających się tu walnie drapieżników: kto żyw i o siłach zmierza w to miejsce pożywić się sardynkami. Sardynki, w geście obrony zbijają się w kuliste ławice – padając ofiarą rekinów, wielorybów, delfinów i ptaków. Spektakl pożerania odbywa się bardzo płytko (nawet tuż pod powierzchnią) – zatem może być doskonale oglądany zarówno przez nurków, jak i pływających jedynie z rurką na powierzchni. W ciągu tych kilku tygodni możemy tu zobaczyć w akcji przekrój wszystkich najważniejszych morskich drapieżników: delfinów (delfiny pospolite i butlonose), rekinów (rekiny oceaniczne, Copper Shark, Dusky Shark, Black Tip, Zambizi, Bull Shark, Hammer Head), wielorybów (Southern Right Whale, Gridwal, Bryde’s whale), orek, fok i ptaków (głuptaki, czarne kormorany, mewy). Dodatkową atrakcją jest zbiegający się w czasie z Sardine Run okres migracji Humpbacków.

Przejazd z Aliwal Shoal do Port St. Johnes zajmuje około 5 godzin. Cały czas jedziemy na południe, wzdłuż wybrzeża. Krajobrazy na początku licznych ośrodków wypoczynkowych, klubów i pól golfowych z czasem zmieniają się na bardziej dziewicze. Coraz częściej mijamy pustkowia albo rozsiane z rzadka wioski murzyńskie; raz po raz grzęźniemy w korkach przy zatłoczonych wiejskich targowiskach. Ostatnia godzina jazdy to już tylko ostra wspinaczka na przemian ze zjazdami górskimi serpentynami wąskiej drogi. Za dnia jest tu malowniczo – nocą droga potrafi być zabójczo mglista i niebezpieczna. Ostatnie 15 minut jazdy i zaczynamy widzieć wciśnięte pomiędzy góry ujście rzeki Mzimvubu, a na jego końcu nasz cel – Port St. Johnes. Docieramy około południa – szybkie wyrzucenie sprzętu oraz ekspresowe rozpakowanie się i jesteśmy już prawie gotowi do startu na ocean w poszukiwaniu sardynek. Niestety – pierwsze komunikaty pogodowe oraz stan wody nie brzmią zachęcająco: przy ujściu rzeki kilkumetrowe fale uniemożliwiają nam wypłynięcie na ocean. Apetyty musimy powstrzymać do jutra rana.


Sardines Run - opatuleni przed zimnem i wodą, w drodze na ocean

Pobudka: 6.30 rano. W Polsce jest środek lata, zatem o tej porze jest już jasno i ciepło. Tutaj dla odmiany panuje zima, zatem rankiem zderzamy się z ciemnością i chłodem. Wygrzebanie się spod ciepłej kołdry oznacza skok w powietrze o temperaturze 13ºC. W czterech warstwach kurtek i swetrów biegiem na lekkie śniadanie (bo kto zamierza pakować w siebie pełne talerze skądinąd przepysznego smażonego boczku przed nurkowaniem?) i już przed 8 rano stawiamy się przy łodzi. Sprzęt sklarowany i gotowy leży już od wczoraj, teraz pozostaje nam jedynie zwodować riba na rzekę… i tu pojawiają się pierwsze problemy. Jak się za chwilę dowiemy, wyglądająca na bardzo spokojną i leniwą, rzeka Mzivubu ma dosyć wysokie pływy dzienne oraz niesie z nurtem mnóstwo piasku. Owocuje to tym, że praktycznie codziennie zmienia się układ mielizn oraz brzegi potrafią się nawet w ciągu jednej nocy potwornie zamulić. Dla nas oznacza to dwie rzeczy: wodowanie łodzi przez środek kilkumetrowego bagna (30 minut taplania w błocie oraz potworny smród palonego sprzęgła w naszym jeepie) oraz przykre zderzenie z dwiema mieliznami już na środku nurtu. Na komendę „Panowie z łodzi!” skaczemy w wodę do kolan i walczymy z przepchnięciem łodzi. Pomimo grubych pianek, woda okazuje się być duuuużo zimniejsza niż się tego spodziewaliśmy – a to dopiero początek…

Sardines Run - Mzumvubu o porankuPamiętasz scenę z pierwszej części Władcy Pierścieni, gdy drużyna w łódeczkach wypływa rzeką poza granice starego świata? Podobnie wygląda wypłynięcie rzeką Mzimvubu na ocean. Końcówka biegu rzeki to szeroki na 200 m nurt, wciśnięty pomiędzy wysokie na 400 m urwiska górskie. Samo ujście to natomiast niespokojne miejsce zderzenia wypływającego prądu rzecznego z prącymi na ląd falami oceanu. To oznacza wysokie na 4-5 metrów fale, przez które musimy się przebić naszym ribem. Taylor robi łodzią kilka kółek w wyczekiwaniu na odpowiedni moment i niższe fale, po czym odkręca do końca manetki gazu i susami po grzbietach fal wypływamy na ocean. Łódź wyskakuje nad fale, woda rozbryzguje się wokoło na kilka dobrych metrów. O suchych kurtkach można już zapomnieć…

Sardines Run w dużej mierze składa się z wyczekiwania i poszukiwania. Po wypłynięciu na otwarty ocean szukamy oznak aktywności zwierzaków: skupisk ptaków, delfinów, wielorybów, czy chociażby innego niż zwykły układu fal. Każda z tych rzeczy jest sygnałem, że pod powierzchnią może dziać się coś interesującego. Gdy tylko komuś uda się taką właśnie aktywność wypatrzyć, motorówka na pełnym gazie pędzi w jej stronę. Po dopłynięciu pada komenda i jeden z przewodników wyskakuje do wody, aby sprawdzić, co można tam zobaczyć. Efekty oględzin bywają różne – pierwszego dnia niestety najczęściej poszukiwanie kończy się niczym. Może nie do końca niczym – bo po jednym ze skoków do wody nasz guide krzyczy „It’s a f*** Zambizi in the water!”… Zambizi Bull Shark? czyżby fantazja go poniosła?

Dzień upływa na poszukiwaniu. Około 15tej, gdy już zaczynamy tracić nadzieję, dostrzegamy niedaleko brzegu fontanny wody wyrzucane przez wieloryby. Nic dziwnego, że nie dostrzegliśmy tego wcześniej – wszystko dzieje się na dirty water (to pas wody tuż przy nadbrzeżnych klifach – bardzo zamulony, z praktycznie zerową widocznością – zatem nieatrakcyjny dla nurkowania). Słyszeliśmy oczywiście, że w tym miejscu i czasie jest szansa na spotkanie wielorybów, ale szczerze mówiąc, traktowaliśmy to na zasadzie „zdarza się raz na milion”. Tymczasem, odkręcamy manetki gazu w naszej łodzi i płyniemy ile sił na wieloryby! Jeszcze większe zdziwienie czeka nas, gdy dopływamy blisko do wieloryba – to 5-metrowy Southern Right Whale. Wcale nie ucieka ani nie chowa się pod wodę, aSardines Run - wieloryb baaardzo blisko najzwyczajniej okazuje zainteresowani nami i łodzią. Teraz mamy czas na dokładne obejrzenie ssaka: opływa nas kilkukrotnie dookoła, dokładnie dając się obejrzeć z każdej możliwej strony. Po około 20 minutach zaczyna powoli przemieszczać się w stronę otwartego oceanu, ale nadal pozostaje widoczny i wcale przed nami nie ucieka. Sternik naszej łodzi okrąża go zatem i ustawia się w pewnej odległości, dokładnie na kursie jakim płynie wieloryb; pada komenda „Do wody!”. Wskakujemy i zaczynamy płynąć w stronę wieloryba i właśnie wtedy czeka nas prawdziwe zaskoczenie dnia: wieloryb ustawia się pionowo w miejscu, z pyskiem wystającym kilka metrów ponad lustro wody i zdaje się na nas czekać i obserwować. W spokojnym tempie dopływamy do niego – jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Teraz mamy około kwadransa na face-to-face z kolosem: oglądamy się wzajemnie, wieloryb spokojnie przewala się z pionu to na brzuch, to na grzbiet, wachlując 3-metrową płetwą bez trudu podnosi nas o metr-dwa… Tego się absolutnie nie spodziewaliśmy – przewodnicy także przyznają, że nigdy nie byli świadkami takiej zażyłości 😉 O 16-tej wracamy na ląd, klarowanie i wycieczka do Delicious Monster na wyśmienitą sea food soup.

Potworna wyżerka

Restauracja – to za dużo powiedziane. Delicious Monster to jedno z tych miejsc, gdzie albo zjesz najlepsze na świecie jedzenie, albo zostaniesz otruty. Dotarcie do restauracji wcale nie jest proste, chociaż to raptem ok. 10 km od naszego hotelu. Najpierw jedziemy asfaltową drogą wokół nadbrzeżnych gór, przebijamy się przez miasteczko. Potem kierowca skręca na szutrową, koszmarnie podziurawioną drogę, pnącą się coraz wyżej i wyżej – zaczynamy rozumieć, do czego jeszcze poza holowaniem łodzi może przydać się napęd na cztery koła i silnik V8. Droga wiedzie przez peryferie miasteczka, a ostatni jej fragment, to wspinaczka na górkę o nachyleniu co najmniej 30º (tutaj jeździ się rzecz jasna „na pace” ciężarówki, zatem pasażerowie mają dodatkową porcję wrażeń z podróży). Wystarczającą rekompensatą będą dla nas widoki z przylepionego do niewiarygodnie stromego stoku tarasu restauracji.

Restauracja jest prowadzona przez parę żywcem wyjętą z historii o dzieciach kwiatach. Oboje około 40-stki, z dziećmi, żyją w czymś na kształt komuny albo squat’u. Witają się serdecznie, ale już podczas przyjmowania zamówienia z wyraźnym trudem przychodzi im skupienie się i zanotowanie naszych zachcianek kulinarnych. Zostaliśmy już uprzedzeni, że przygotowanie jedzenia może zająć tu nawet godzinę (restauracja ma bardzo niewielu gości, po kucharkę do wsi należy wysłać umyślnego) – mamy zatem czas na lokalne piwo i podziwianie widoków. Posiłki pojawiają się już po trzech kwadransach, i zaiste, są warte grzechu. Największa furorę robi Sea Food Soup. Potem już tylko czeka nas powrót do hotelu (jest już ciemno i koszmarnie zimno – czego doświadczą najbardziej panowie „na pace”) i wyczekiwanie na kolejny dzień sardynek. Włączamy ogrzewanie w pokoju i marzymy o sardynkach.
PolowanieDzisiaj na oceanie zaczyna już się pojawiać dużo więcej życia: w wodzie widzimy mnóstwo delfinów, co chwila natykamy się na stada ptaków patrolujące wodę w poszukiwaniu sardynek. Ptaki co chwila dają i odbierają nam nadzieję: widzimy stada krążące nad jakimś kawałkiem akwenu, obserwujemy ich ożywienie, widzimy, jak co chwila pikują, a potem nurkują w oceanie w poszukiwaniu sardynek. Dopływamy ribem, jesteśmy gotowi do wskoczenia do wody i… stado odlatuje i przenosi się w kolejne miejsce. Ustawiczna nerwówka: nadzieja, szybkie przemieszczenie w miejsce akcji, przygotowanie do skoku do wody, a potem rozczarowanie i ponowne poszukiwanie aktywności zwierzaków – taki jest rytm naszego dnia na wodzie. Zaczynamy się już zastanawiać, czy całe Sardine Run będzie wyglądało właśnie w taki sposób: jeżeli spóźnisz się w określone miejsce o pół minuty, to czy nie okaże się, że zdążyłeś przegapić cały spektakl?

Dla jasności Drogi Czytelniku: jestem bardzo daleki od narzekania na monotonię – wręcz przeciwnie! Monotonii się tu nie doświadcza praktycznie wcale! To raczej stan ciągłego napięcia, wyszukiwania i wyczekiwania. Najpierw z samego rana: całą ekipę ogarnia podniecenie podczas wypłynięcia na ocean, atmosfera szykowania się na przygodę. Kolejny etap dnia to nerwowe i pełne skupienia patrolowanie oceanu w poszukiwaniu delfinów, ptaków, a w końcu sardynek. Następnie ile pary w silniku gonitwa do miejsca akcji i do wody… Czas pełen wrażeń.

Największe wrażenie robi na nas moment wskoczenia do wody i znalezienia się w „centrum akcji ptaków”. Nasza motorówka zwykle parkuje kilkanaście metrów obok, resztę dystansu przepływami sami (tak, aby nie spłoszyć polujących ptaków). Gdy delikatnie wpłyniesz w środek miejsca akcji, nagle okazuje się, że znajdujesz się w samym środku stada polujących ptaków. Nad Twoją głową, na wysokości kilkunastu metrów krąży i skrzeczy setka głuptaków, kormoranów i mew. Ptaki zataczają ciasne okręgi wyczekując i wypatrując – każdy z opuszczoną głową, aby dokładniej móc obserwować wodę. Na najmniejszą oznakę aktywności pod wodą, cała grupa rzuca się lotem nurkowym, na pełnej prędkości wbijając się w wodę. Ułamek sekundy przed uderzeniem w wodę, ptaki układają się w charakterystyczny kształt torpedy (czy też nurkującego bombowca), ciasno składają skrzydła wzdłuż ciała przygotowując się do zanurzenia. W ciągu kilku sekund zaczyna otaczać Cię grad wbijających się w wodę polujących ptaków. Czasami tylko przebiega przez głowę nerwowa myśl: „A jeżeli pomylą mnie ze smakowitą sardynką?”…

Bombardowanie równie imponująco wygląda spod wody. W spokojną dotąd toń w jednej sekundzie uderza kilkanaście srebrnych ptaków-pocisków (odcień wody i odbijające się słońce powodują, że białe ptaki przybierają srebrno-metaliczny, połyskujący kolor). Każdy, ciągnąc za sobą smugę pęcherzyków powietrza, wbija się na 3-4 metry głębokości, szukając zdobyczy. Niestety, niewielu udaje się trafić już za pierwszym strzałem, dlatego jeszcze przez kilka sekund bardzo zgrabnie pływają pod wodą w nadziei na znalezienie pożywienia. Po wynurzeniu, zdają się odpoczywać jeszcze przez kilka minut kołysząc się na falach. Potem szybki rozbieg po grzbietach fal i ponownie wzbijają się w powietrze, aby dołączyć do grupy polujących krewniaków. Koło się zamyka, spektakl trwa kilkanaście minut, po czym wszystko cichnie i grupa przenosi się w inne miejsce. W drodze spotykają nasz jeszcze dwie przyjemne niespodzianki: ponowne bliskie spotkanie z wielorybami oraz oglądanie rekina hammer-head’a.

Wieloryb w pląsach - kolejna sesjaWieloryby udaje się nam wypatrzeć już z daleka. Najpierw obserwujemy pojedynczą fontannę, podpływając bliżej okazuje się, że jest ich więcej. Wzdłuż wybrzeża, z południa na północ płynie na pełnej prędkości grupa sześciu wielorybów. Regularnie wynurzają się, aby wystrzelić fontannę wydechu oraz zaczerpnąć świeżego powietrza, potem nurkują na kilka minut. Wygląda to, jak sunący pełną parą pociąg towarowy: słychać gwizd oraz wręcz czuć z daleka potęgę gigantów. Zaczynamy płynąć łodzią wzdłuż trasy wielorybów. Takie śledzenie wcale nie jest łatwe: wieloryby co jakiś czas nurkują na dobre kilka minut i wynurzają się w nie zawsze spodziewanym miejscu – trzeba mieć zatem zarówno wprawę, jak i szczęście, aby trafić dokładnie w to miejsce, gdzie za chwilę się przeniosą. Nam na szczęście idzie całkiem nieźle i udaje się trzymać w miarę blisko przez dobre pół godziny. Apogeum ma miejsce w chwili, gdy trafiamy aż za dobrze: rozpędzone stado wynurza się dosłownie kilka metrów, centralnie przed dziobem naszej łodzi! Z gardeł wyrywa się głośny okrzyk radości przemieszanej z dozą przestrachu; wieloryby widząc naszą łódź metr przed sobą dają natychmiastowego nura i przepływają dokładnie przed nami rozkołysując łódź. Po jakimś czasie przyłączają się do nas kolejne łodzie i zaczyna robić się tłoczno. Wtedy zapada decyzja, że spróbujemy ustawić się łodzią dalej na trasie i po wskoczeniu do wody popływać z wielorybami. Zadanie okazuje się jednakże nie tak łatwe do wykonania – olbrzymie i nieporadne zdawałoby się ssaki, w wodzie wykazują zadziwiającą zwinność. Możemy dotrzeć do nich na odległość 10 metrów, ale po wskoczeniu do wody okazuje się, że już zdążyły dać nura i o oglądaniu ich w wodzie możemy zapomnieć. Gra w kotka i myszkę trwa dobre pół godziny. W końcu, za n-tym podejściem udaje się nam osiągnąć cel: zwierzaki skręcają bezpośrednio na nas i nasza grupka ląduje dosłownie w środku stada wielorybów. Najwytrwalsi nurkują z nimi na paręnaście metrów, aby zrobić ostatnie podwodne zdjęcia. Nasyciwszy się wielorybami, gdy już robi się późno, decydujemy o powrocie do domu. W drodze dane jest nam jeszcze spotkać się z hummer head’em. Najsprawniejsi i najszybsi zdążą jeszcze wskoczyć do wody i zrobić kilka zdjęć. Sardynek nadal brak…


Dzisiaj na niebie widzimy przynajmniej dwa razy więcej ptaków niż zwykle; ptaki są także nieprawdopodobnie bardziej aktywne. W wodzie coraz częściej natykamy się na delfiny – w ciągu poprzednich dni trafialiśmy na nie całkiem często, ale raczej były to małe grupki, pływające dosyć leniwie i spokojnie. Dzisiaj natomiast delfiny są wyraźnie czymś podniecone – krążą bardzo szybko, jakby intensywnie wypatrując zdobyczy. W południe namierzamy i przyłączamy się do grupy kilkuset delfinów sunących pełną parą na południe. Wrażenie jest niesamowite: nasz rib, jak okiem sięgnąć, otacza stado delfinów – nie sposób doliczyć się nawet ilu. Delfiny skaczą przed dziobem naszej łodzi, przeskakują fale, wyraźnie bawią się z naszą łodzią. Płyniemy razem przez dobre pół godziny, po drodze ponownie napotykając wieloryby; towarzyszą nam także stada ptaków.

Zaczyna chodzić po głowie myśl „coś się święci”. Aktywność wszystkich zwierzaków jest nieprawdopodobna – wszystkie krążą jak oszalałe, rzucając się do wody w poszukiwaniu pożywienia. Wyraźnie czuć nerwowość i podniecenie. Na wodzie pojawia się także jeszcze jeden sygnał – miniaturowe krople oleju – to już ostatni znak, że jesteśmy we właściwym miejscu i czasie. Sardynki gdzieś tu już są. Co chwila, po podpłynięciu do miejsca akcji pada komenda „Do wody!” i cała nasza ekipa jak jeden mąż rzuca się do wody i płynie ile sił w stronę wskazywaną przez sternika. Pod wodą zaczyna się dziać właściwa akcja: kotłowisko delfinów, rekinów, wbijające się pociski ptaków; dostrzegamy też pierwsze sardynki. Na razie są to jedynie pojedyncze sztuki skrupulatnie wyłapywane i zjadane przez zabójców. Co chwilę widać ptaki wyskakujące z wody ze zdobyczą w dziobie. Niestety – nie widać jeszcze kul sardynek, a na to czekamy najbardziej… Po trzech godzinach, zmęczeni, ale i szczęśliwi widokami decydujemy o powrocie na ląd. W drodze, już zwyczajowo, ponownie spotykamy wieloryby i hammer head’a.

Zawieszeni w czasie

Ostatniego wieczora wybieramy się w odwiedziny do baru na kempingu. Port St. Johnes jest miejscem obowiązkowym i kultowym na mapach trampów, obieżyświatów, współczesnych hippisów i wielu innych „wolnych dusz”. A bary na kempingach to sama śmietanka tego miejsca: to bardzo kultowe… brakuje mi słowa: schronisko? hotel? kemping? A może po prostu Miejsce, do którego wielu dociera i bardzo często już tu zostaje na wiele lat. Miejsce pachnie legalnymi i nielegalnymi używkami, brzmi mieszanką muzyki etnicznej, rockowej i kto-tam-na-czym-umie (częściej nie umie) grać. Możesz tu spotkać zarówno młodych, jak i starych, nierzadko całe rodziny trącące klimatem dzieci kwiatów. Czas płynie tu w kompletnie innym tempie…

Na to czekaliśmy!!!

Pierwsze sygnały po wypłynięciu nie brzmią rewelacyjnie: niewielka aktywność ptaków, niewiele delfinów. Jednak w odległości kilku kilometrów widzimy kilka łodzi i główki w wodzie – płyniemy!

rpa-sardines-run-polowanie007Już pierwszy skok do wody i strzał w 10! Widoczność na 20 metrów, a my trafiamy dokładnie na 5-metrową kulę sardynek! Wokół niej uwijają się delfiny: przecinając ją na połówki, wyłapując pojedyncze smakołyki. Nigdy nie widziałem tak szybko pływających delfinów: dosłownie pojawiają się znikąd, rozcinają ławicę i znikają momentalnie. Ławica tańczy, kręci się na wszystkie strony, słońce odbija się i połyskuje na płetwach ryb. W jaki sposób one się dogadują, że teraz popłyną wszystkie w lewo a nie w prawo? W wodę co sekunda uderzają także ptaki wyłapując sardynki. Istne kłębowisko. Pod nami, na około 10m zbierają się rekiny – jeszcze nie atakują, na razie zataczają kręgi przypatrując się ławicy sardynek i możemy sobie jedynie wyobrazić, jak bardzo cieknie im ślinka. W wodzie spędzamy około 20 minut – do chwili, gdy całą kula sardynek zostaje zjedzona, pojedyncze rybki rozpierzchają się w niewidocznych kierunkach. W wodzie pozostaje jedynie wielki bałagan wirujących pęcherzyków powietrza oraz połyskujących rybich łusek. Biegiem do łodzi i zmiana miejsca akcji: skok do wody i ponownie trafiamy na ławicę. Tym razem z kulą rozprawiają się jedynie dwa delfiny, za chwilę dołączą do nich kolejne wraz z ptakami… Ponownie 20 minut oglądania z szeroko otwartą z zachwytu buzią. I raz jeszcze, gdy kula zostaje zjedzona przenosimy i znowu trafiamy na spektakl… Zresztą, zobacz sam na zdjęciach poniżej (zdjęcia kiepskiej jakości – bo aparaty nie nadążały i zdjęcia są zgrane z kamery).

Po porannym spotkaniu z sardynkami i całą resztą z wielkimi uśmiechami na twarzach i pięcioma kilogramami nadbagażu mokrych pianek w każdej torbie ruszamy na samolot. Wrócimy tu za rok – to pewne!

Podsumowując

Widzieliśmy :

  • dziesiątki rekinów (Black Tip, Hammer Head, Zambizi, Dusky, chyba Tiger (chyba, bo panowie tak szybko uciekali z wody, że nie zdążyli się przyjrzeć), pływające, polujące, spokojne i wkurzone, głodne i najedzone
  • wieloryby (Southern Right Whale, Gridwal, Bryde’s whale, Humpback Whale) solo i w grupkach sunące jak pociąg towarowy, także skaczące. Z jednym nawet się baaardzo blisko zaprzyjaźniliśmy
  • delfiny (Common i Butlonose) – nie do policzenia, setki; bawiące się, skaczące, polujące
  • ptaszki (głuptaki, czarne kormorany, mewy). Z jakiegoś powodu ciągle wpadały do wody…
  • sardynki – solo, w kulach, w dziobach ptaków i pyskach ryb. Także resztki już zjedzonych sardynek – połyskujące jak konfetti

Było warto? Jasne, że tak. Wracamy za rok – zdecydowanie TAK! I to na dłużej… 🙂

Niedługo pojawi się film z tego wyjazdu (trzymamy kciuki za naszego wspaniałego montażystę, żeby złożył jak najszybciej) 🙂

Zapraszamy na SARDINE RUN – SZLAK SARDYNEK

Tagi strony: ,

Zobacz także najnowsze oferty naszych wyjazdów nurkowych:

Napisz komentarz: