Podróż poślubna Malediwy

podróż poślubna Malediwy

Zapraszamy do przeczytania relacji – podróż poślubna Malediwy, zorganizowanej przez nasze biuro Victoria Travel,. W relacji postaramy się połączyć trzy elementy – relację z samej podroży, opis Malediwów jako kraju oraz opis atrakcji podwodnych. Jeżeli chcielibyście coś więcej wiedzieć, proszę o sygnały – chętnie dopiszę ciąg dalszy.
malediwy-sesja-5.jpg

[slideshow id=22]

Dlaczego Malediwy?

Zawsze na pytanie Klientów i znajomych „Dokąd polecieć w podroż poślubną?”, niezależnie od pory roku, polecałam Malediwy. Nie miałam wiec wątpliwości, dokąd powinnam zorganizować własną podroż. Malediwy są dla mnie synonimem raju, wymarzonym miejscem dla nowożeńców. Co więcej – lokalne oferty wręcz kochają świeże małżeństwa, zaskakując ich mnóstwem atrakcji do zaproponowania – ale o tym we właściwym czasie…

Jak to było…

Poznałam Adama w serwisie randkowym w internecie i pierwszy raz spotkaliśmy się w styczniu 2006r. 16 września 2006 roku był pierwszym dniem naszej nowej drogi. Ceremonia ślubna odbyła się o godzinie 11 a zaraz po wycałowaniu rodziny i licznie przybyłych znajomych pojechaliśmy na lotnisko. Piotrek sprawił nam wspaniały prezent-niespodziankę – wręczając płytę ze zdjęciami z naszego ślubu, dzięki czemu mogliśmy je obejrzeć już w czasie podroży poślubnej. Na pokładzie samolotu stewardesa była tak szczęśliwa, że prosto z kościoła w strojach ślubnych wsiedliśmy do samolotu, że radość swoją wyraziła butelką szampana.

[nggallery id=13]

Mamy mnóstwo zdjęć z samolotu… Pewna Polko-Angielka zrobiła nam ich z 50 i pokazywała na aparacie cyfrowym, ciesząc się przy tym jak dziecko. Wzięła nasze namiary i obiecała solennie przesłać wszystkie. Problem w tym, że nie przysłała nam ani jednego, a my byliśmy tak zapatrzeni w siebie, że nie wpadliśmy na pomysł, żeby wziąć od niej namiary… Tak wiec owszem, zdjęcia mamy, ale nie jesteśmy w stanie ich pokazać.

Nasza podroż poślubna składała się z trzech etapów:

  • Noc poślubna w prywatnej willi na oceanie
  • Kilkudniowe safari nurkowe
  • Kilka dodatkowych dni w dużym resorcie.

Pierwszy dzień małżeństwa

Pierwsze wrażenie z Malediwów to wygląd lotniska – bez komentarza…

[nggallery id=15]

Po wylądowaniu w Male zostaliśmy przywitani przez naszego opiekuna i zaproszeni na speed boat, która błyskawicznie zabrała nas do pierwszego resortu: zbudowanej na palach na oceanie, naszej prywatnej willi. Pomimo, że widziałam wcześniej zdjęcia willi i wiedziałam, że ma 250 m2, zaskoczyła mnie swoim ogromnym rozmiarem i przepychem: szklana podłoga z widokiem na pływające ryby, pokój kąpielowy o powierzchni ok. 40 m2 z ogromną wanną z widokiem na ocean, dwa tarasy do opalania – żeby wymienić tylko niektóre. Jeszcze w Polsce wypełnialiśmy irytującą, 20-stronicową ankietę z pytaniami o rozmiar, kolor, twardość, pokrycie i zapach naszych ulubionych poduszek albo preferowane utwory muzyczne, które mają sączyć się z głośników w momencie wejścia do willi. Uwierzcie – po irytacji nie został nawet ślad.

Najbardziej zainteresowała nas jednak sypialnia…oraz alternatywne łoże na dachu naszej rezydencji – z już specjalnie przygotowanym prezentem od obsługi – schłodzonym szampanem. Następnie w kolejce masaż (rzecz jasna masażyści specjalnie przypłynęli do nas łodzią) w salonie, z widokiem przez szklaną podłogę na kolorowe rybki. Alternatywą dla masaży we własnej willi było SPA położone w pobliżu głównej wyspy. Każdy gość w tym ekskluzywnym resorcie ma przydzielonego indywidualnego opiekuna, który jest do dyspozycji 24 godziny na dobę. Na posiłek można udać się do jednej z restauracji na wyspie lub też zamówić do willi, dokąd zostanie dostarczony łodzią. W tym resorcie spędziliśmy noc poślubną, a następnego dnia zostaliśmy zabrani na kolejny etap naszej podroży.

Drugiego dnia przemieściliśmy się speed boat na safari nurkowe. Wybierając łódź na safari kierowałam się szybkością łodzi i planowaną trasą, rozmiarem łodzi (czyli komfortem na oceanicznych falach), standardem kabin i wyżywienia oraz liczbą przewodników nurkowych i standardami bezpieczeństwa. Łódź, którą wybrałam, przeszła moje oczekiwania. Przy okazji (bo warto to dopowiedzieć), na Malediwach jest olbrzymia liczba łodzi safari, które niestety są w bardzo kiepskim stanie. I już nawet pomijając fakt, że są brzydkie i zaniedbane, są za małe i słabe funkcjonalnie. Nasza specjalizowała się w obsłudze Włochów, dzięki czemu oprócz tradycyjnej kuchni malediwskiej i codziennie świeżych ryb, mieliśmy także akcenty z kuchni włoskiej. Łódź z zewnątrz wyglądała niepozornie, ale zobaczcie tylko zdjęcia wnętrza…

[nggallery id=16]

Nurkowanie

Na safari mieliśmy do dyspozycji trzy łodzie – mieszkalną, do nurkowania (tzw. dhoni) i zodiaka do pływania na wycieczki. Na safari było 8 nurków i 8 osób załogi (w tym 3 przewodników). Codziennie wykonywaliśmy po dwa – trzy nurkowania na rożnych miejscach nurkowych. Pod woda tłoku nie ma w ogóle! Owszem, nurków jest wielu, ale też miejsc nurkowych jeszcze więcej, w efekcie czego zwykle w jednym miejscu jest tylko jedna łódź. Zresztą z tego, co opowiadali nam miejscowi, to jest to nawet regulowane przepisami prawnymi. A’propos Temidy: przepisy są bardzo restrykcyjne pod kątem ochrony środowiska i zapewnienia turystom „luzu” pod i nad woda. Z ponad 1100 wysp, tylko 86 jest przeznaczonych na resorty i (uwaga!!!) – na jednej wyspie ma prawo być tylko jeden resort. Dzięki temu baza hotelowa jest wykorzystana w prawie 100%, a nie następuje przeludnienie. Ostatnio władze wydały pozwolenie na budowę kolejnych 5 resortów, gdyż w sezonie brakuje już miejsc, oraz zgodzono się na nieznaczne poszerzenie bazy noclegowej. Koniec dygresji – wracamy do nurkowania.

[nggallery id=25]

Jeśli chodzi o to, co można spotkać pod wodą, to przede wszystkim duże ryby – duuużo rekinów, manty, whale sharks, masę żółwi, kolorowe rybki, ślimaki nagoskrzelne, friendly Napoleon Fishes – jak mawiają przewodnicy (gdy szykowaliśmy się do nurkowania poinformowano nas, że w tym miejscu mają bazę „Two friendly Napoleons”. W praktyce okazało się, że objawy sympatii okazywane przez ryby polegają na ciągłym wpływaniu tuż przed twarz nurka z miną „Tu jestem, pobaw się ze mną!”. Przez pierwsze 10 minut jest to zabawne, przez resztę nurkowania irytujące, a przez kolejne lata zostaje mocno w pamięci). W niektórych miejscach jest silny prąd – rzecz jasna, to te same miejsca, gdzie uczepieni rafy na 30m widzieliśmy najwięcej rekinów. Z przeprowadzonego na miejscu rozpoznania okazało się także, że jest wiele miejsc, gdzie prądy są dosyć słabe, ale i tak dostarczają silnych wrażeń.

Folklor lokalny

Wysepki są na prawdę miniaturowe, największa na całych Malediwach ma promień około kilometra. Byliśmy zarówno na tych zamieszkanych, jak i bezludnych. Rzecz jasna, jedna wyspa równa się jedna wioska. Wioski wyglądają (jak na nasze europejskie standardy) dosyć biednie i smutno: domki są miniaturowe – na „oko” mają maksymalnie dwa pomieszczenia w środku, otoczenie najczęściej jest mocno zaniedbane ze stertami przewalających się śmieci, ale równocześnie absolutnie normalną sprawą jest, aby na takiej właśnie ruderze były przymocowane 3 nowiutkie talerze anten satelitarnych. Zdarzają się także wyspy, na których ciągle są jeszcze widoczne efekty przejścia dwa lata wcześniej tsunami (potrafi to wyglądać jak „nożem odcięta” linia: po lewej wszystko zostało zmyte, prawa strona została nienaruszona). Mogliśmy zobaczyć także, jak wygląda lokalna infrastruktura: drogi (których nie ma), handel czy też przemysł stoczniowy (zdjęcie poniżej). Na jednej z wysp, przewodnik (jak się okazało w trakcie rozmowy, na co dzień nauczyciel w lokalnej szkole) z dumą oprowadzał nas po szkole (na nasze standardy można by powiedzieć, że była to szkoła podstawowa). Pojęcie „klasa” ma zastosowanie umiarkowane – bardziej przypomina to dach zamocowany na podpórkach; bardzo często dzieciaki uczą się także na zewnątrz. Tutaj także wyjaśniło się, jakim trafem większość Malediwczyków świetnie mówi po angielsku – angielski jest językiem wykładowym już od najmłodszych lat.

[nggallery id=24]

A’propos Malediwczyków: to jedna z najbardziej sympatycznych i uśmiechniętych nacji, jaką udało nam się spotkać w egzotycznych podróżach. Klimat budowały te małe, urocze zachowania, jak chociażby każdorazowo podczas powitania w nowym miejscu podanie małych, pachnących, zwilżonych ręczników do odświeżenia twarzy i rąk.  W pamięci pozostaje także obrazek z resortu: niesamowita duma malująca się na twarzy starszego pana smażącego gościom naleśniki „Pełnię bardzo odpowiedzialną funkcję – gdyby nie moje naleśniki ci ludzie chodziliby głodni”. W lokalnych wioskach jest bardzo podobnie – na każdym kroku można spotkać się z objawami sympatii, zachętą do zrobienia sobie wspólnego zdjęcia, pozdrowieniach. Kobiety na Malediwach ubierają się bardzo różnie – od zasłoniętych twarzy do bardzo obcisłych i wyciętych bluzeczek i mini spódniczek włącznie. Mężczyzn w większości przypadków obowiązują koszule z charakterystycznym wycięciem pod szyją.

Sun Island

[nggallery id=21]

To największy resort na Malediwach – spędziliśmy tam ostatnich pięć dni wyjazdu. Resort jest już bliższy standardom nowego świata: klub nocny, dyskoteka, barek w basenie, boiska i korty tenisowe itp. Nam jednak z tego miejsca w pamięci pozostaną najbardziej trzy inne rzeczy (poza dumnym panem od naleśników, oczywiście). Po pierwsze niesamowite widoki – to, co oglądacie na pocztówkach, jako najpiękniejsze zachody słońca, idealnie białe plaże czy też trzcinowy parasol i błękitny ocean w tle, to dokładnie to, co można na tej wyspie znaleźć. Wrażenie robią także, pływające tuż przy plaży i polujące na dwu-centymetrowe rybki baby sharks. Po drugie – co wieczór, o zachodzie słońca na obrzeżach wyspy odbywa się ten sam rytuał: obsługa przynosi kosze ryb, którymi goście mogą karmić płaszczki. Ray‚e o rozmiarach 2-2,5 m podpływają na odległość wyciągnięcia ręki i zjadają „kolację”. Teraz najlepsze: gdy już są najedzone, ustawiają się w kolejkę i podpływają jedna za drugą do stojących w wodzie po kostki ludzi, czekając na pogłaskanie! W dotyku są trochę podobne do zamszu ;). Gdybym nie widział i nie głaskał, to bym nie uwierzył.

[nggallery id=26]

I pora na trzecie, niezapomniane zdarzenie z Sun Island – po części humorystyczne, po części urocze. Śnieżnobiała suknia ślubna Victorii, w trakcie lotu i licznych transferów, jak to bywa, zabrudziła się i minimalnie rozpruła – zapadła zatem decyzja o oddaniu jej przed drogą powrotną do prania i zszycia. Po czyszczeniu suknia wróciła do nas z adnotacją, że niestety pralnia nie dysponuje maszyną, która potrafi szyć jakimś-tam-specjalnym-ściegiem, tak aby falbany układały się jak należy. Poprosiliśmy pomimo wszystko o zaszycie normalnym ściegiem – lepiej przecież wracać tak, niż z naderwanym rogiem. Jakież było nasze zdziwienie, gdy suknia powróciła do nas zacerowana, owszem, ale czarną nitką! Zajęło nam naprawdę dobre pół godziny aby wyjaśnić obsłudze, że nie jest to ten wariant naprawy sukni, jakiego oczekiwaliśmy. Przez pół godziny obsługa naprawdę nie była w stanie zrozumieć, co jest źle z naprawą, której dokonali.

[nggallery id=19]

Obsługa resortu zafundowała nam jeszcze jeden prezent: sesję zdjęciową. Specjalnie wynajęty fotograf dosłownie przegonił nas po całej wyspie, robiąc ponad dwieście zdjęć. W strojach ślubnych chodziliśmy po plaży, w SPA wśród zieleni, turlaliśmy sie w piasku. Przeurocze efekty tej sesji możecie zobaczyć powyżej.

Male

Miało być o tym wcześniej, ale jakoś nie wyszło. Stolica. Ursynów jest ze 3 razy bardziej ludny w godzinach roboczych… Manila urzeka już z lotu ptaka. Po pierwsze lotniskiem (zdjęcie było wcześniej) – nie chcę sobie nawet wyobrażać co czują piloci lądujący tutaj. To też zapewne jedyna stolica na świecie, gdzie aby samolot mógł wylądować inny samolot musi wcześniej wystartować – inaczej zabraknie miejsca. Na poważnie – pierwsze wrażenie z Manili, to „ile się na tej powierzchni da zmieścić”. Miasto zaczyna się linią biurowców począwszy od samej plaży i podobnie kończy. Z perspektywy Europejczyka warto sobie na pewno zadać pytanie, na ile sensowne jest posiadanie samochodu w miejscu, gdzie da się dojść piechotą w najdalszy punkt w 30 minut – a ulice są zatłoczone jak w szczycie na Marszałkowskiej. Zgodnie z diagnozą naszego przewodnika, posiadanie auta to przede wszystkim namacalny dowód przynależności do bogatszej części społeczeństwa.

[nggallery id=18]

Nieżalenie od powyższych, bezapelacyjne warto zobaczyć stolicę większą tylko o cal od Watykanu. Miejscami godnymi uwagi są na pewno największy na Malediwach meczet, siedziba Prezydenta (panującego niezmiennie od prawie 30 lat – abyśmy dożyli takiego dobrobytu), cmentarz z grobowcami wyrzeźbionymi w koralu, targ rybny.

Powrót – czyli ile da się wycisnąć z jednej trytytki*.

*trytytka to takie małe plastykowe „cuś”; opaska zaciskowa, służąca nurkom do zabezpieczania bagażu przed ingerencją wrogich sił

Wylot z Male w drogę powrotną zaplanowany był na późne godziny wieczorne. Stawiliśmy się karnie na lotnisku jak pan Bóg przykazał, zaczęliśmy sie szykować do odprawy. Niestety, mąż fajtłapa, zapomniał o wyjęciu czegoś-tam z jednej z toreb, efektem czego było rozpruwanie w ostatniej chwili świeżo zapiętych trytytek, gorączkowe poszukiwanie tej-właśnie-potrzebnej rzeczy i ponowne zabezpieczanie toreb. Proceder trwał na tyle długo, że wylądowaliśmy na jednym z ostatnich miejsc w kolejce i, gdy już nadeszła nasza kolej na odprawę bagażową, obsługa zaczęła wykonywać niezrozumiale nerwowe ruchy. Okazało się, że w samolocie jest overbooking, a my, jako jedna z ostatnich par, nie zmieścimy się na pokład. Najpierw nastała irytacja „Przecież mamy tak zaplanowane połączenia, aby mieć cały dzień w Paryżu na spacer po mieście i wjazd na wieże Eiffla – a oni nam to właśnie rujnują!”. Obsługa zaczęła naprawiać swoje winy od zorganizowania nam w Male hotelu na dobę czasu oczekiwania na kolejny samolot, rzecz jasna na koszt linii lotniczych („Zamienię 1 trytytkę na 1 dzień na Malediwach, tanio!”).

Następnego dnia okazało się, że jedyna możliwa opcja zabrania nas w drogę do domu (warunek konieczny – wizyta w Paryżu) wiedzie przez Dubaj. Nie planowaliśmy co prawda wizyty w Emiratach, ale co tam – linie lotnicze stawiają! Jeszcze w drodze udało nam się, korzystając z okazji, zarezerwować stolik na jedną lampkę szampana w hotelu Bujr al Arab w Dubaju (podobno najdroższy i najlepszy na świecie). Wizyta w Emiratach trwała kilkanaście godzin, ponownie linie lotnicze zafundowały nam hotel. („Wymienię trytytkę nadzień na Malediwach i wizytę w Dubaju! Okazja – taniej nie będzie!”).

[nggallery id=14]

Do Paryża dotarliśmy w miarę sprawnie, chociaż z lekkim opóźnieniem. Jeszcze na pokładzie samolotu ponownie przebraliśmy się w stroje ślubne tak, aby przejść całe miasto i wjechać na wieżę Eiffla w glorii nowożeńców. Wrażenia z Paryża są naprawdę niezapomniane: całe uliczki wychodzące śpiewać nam „Sto lat”, wycałowanie i życzenia od kilkuset osobowej kolejki oczekującej na wjazd na wieżę Eiffla czy też dziesiątki ludzi chcących zrobić sobie pamiątkową fotografie z nowożeńcami. Łezka się w oku kręci. Po dotarciu ta lotnisko i odprawę na lot do Warszawy okazało się jednak, że czeka nas kolejna niespodzianka. Ponownie pełne obłożenie samolotu oraz przychylność Piotra (któremu w tym miejscu raz jeszcze bardzo dziękujemy) zaowocowały tym, że na ten ostatni już przelot, byliśmy zmuszeni zająć zaszczytne miejsca w business class (jakkolwiek określenie „zmuszeni” brzmi przewrotnie). Zdarzenie, poza oczywistym wpływem na komfort podróży oraz liczbę spożytych lampek szampana, miało jeszcze jeden nieoczekiwany efekt już na Okęciu. W podróży została niestety uszkodzona jedna z naszych toreb – a, że reklamację przyszedł składać „pasażer business class”, sowite odszkodowanie i przeprosiny linii lotniczych pojawiły się prawie natychmiast. („Wymienię trytytkę na dzień na Malediwach, wizytę w Dubaju… i może jeszcze jakieś atrakcje dodatkowe? Mówię poważnie – to ostatnia okazja aby kupić tak tanio!”)

Podróży powrotnej akt ostatni. Przemiłe skądinąd, Sri Lanka Airlanes, w związku z tak wielką liczbą obsuw i wpadek, które zafundowały nam w drodze powrotnej, poczuły się zobowiązane do wynagrodzenia nam tych stresów. W formie rekompensaty i na zgodę przyznano nam darmowe bilety do wykorzystania na trasie Europa-Azja. Pół roku później pojechaliśmy zatem ponownie na Malediwy. (Mówiłem, że tanio sprzedam trytytkę, ale nikt nie chciał jak była okazja”). O tego czasu moja kochana żona mówi także, że mam talent do robienia dobrych interesów.

Victoria i Adam Iwanowscy

Chcesz wyjechać w taką podróż, sprawdź wyjazdy na Malediwy.

Tagi strony: ,

Zobacz także najnowsze oferty naszych wyjazdów nurkowych: