Nurkowanie Filipiny

nurkowanie-na-filipinach-21nurkowanie Filipiny

Poniżej relacja, zdjęcia oraz oraz film z wyjazdu zorganizowanego przez Victoria Travel dla klubu nurkowego Aquadiver – nurkowanie Filipiny.

Program tego wyjazdu zakładał nurkowanie na wrakach na Filipinach, spotkanie z rekinami wielorybimi, mantami itd.

„Właśnie schowałem się pod moskitierę. Wieje silny wiatr, ale w naszym bungalowie jest gorąco. Lekkie orzeźwienie daje „kubański” wentylator, bo klimatyzacja w tym miejscu to byłoby już zupełne nieporozumienie. U stóp wysokiej góry, na długiej plaży osłoniętej zewsząd ostrymi skałami

i bujną roślinnością Andy wybudował kilka lat temu resort dla nurków.  Palawan i zatoka Coron  to mekka dla wszystkich lubiących nurkowania wrakowe… Mieszkamy w naprawdę wyjątkowym miejscu. Być może uczestników naszej wyprawy trudno już teraz czymś zaskoczyć, bo ich doświadczenie podróżne  jest naprawdę ogromne. Resort spodobał się jednak wszystkim bo jest przepięknie położony, a do tego profesjonalnie  i  z dużym smakiem urządzony. Dostać się można tutaj tylko łodzią po kilkudziesięciu minutach płynięcia z Coron. Główna podwodna atrakcja, to wraki; niemi świadkowie walk ze schyłku II wojny światowej. Kilkudniowy pobyt w tym miejscu dobiegał powoli końca. Wrażeń; udokumentowanych na setkach zdjęć mam sporo. Kilka pięknych nurkowań, kapryśna pogoda i dobra ekipa to pierwsze dni naszej filipińskiej przygody.  Kameralny charakter naszego resortu w połączeniu z niemiecką organizacją i azjatyckim luzem spowodował, że nasz pobyt i nurkowania były idealne. Bez pośpiechu, zaraz po śniadaniu stawialiśmy się szybko w bazie gotowi na spotkanie z zatopionym japońskim żelastwem…

Ciężko sobie wyobrazić że blisko 70 lat temu w tym niesamowitym miejscu miały tak dramatyczne wydarzenia. Cmentarzysko w raju, to całkiem niezły paradoks.  Zawiła jest historia II wojny światowej…

Wszystko zaczęło się jesienią 1944 roku i było konsekwencją działań US Navy z lutego, kiedy to w Lagunie Truk dwudniowe naloty doprowadziły do zatopienia prawie 50 statków i okrętów Japońskiej Marynarki Wojennej. Kolejnych 15 jednostek amerykanie zatopili we wrześniu na wodach zatoki Manilskiej. Dowództwo japońskie postanowiło ukryć pozostałe siły  czyli  11 jednostek (w tym 2 tankowce, ścigacze, statek chłodnię oraz transporter wodnosamolotów) w Zatoce Coron. US Navy jednak przechytrzyć się nie dało, i zaplanowało naprawdę śmiałą operację powietrzną. Japończykom wydawało się że będą poza zasięgiem amerykańskich samolotów, jednak popełnili katastrofalny w skutkach błąd. Już dzień po dotarciu na miejsce – 24 września rano Amerykanie dokonali brawurowego, będącego na granicy zasięgu ich samolotów bombardowania. Atak rozpoczął się z lotniskowca USS Lexington.  Po trwającym kwadrans nalocie amerykańskie samoloty (Curtiss SB2C Helldiver, eskortowane przez 96 myśliwców Grumman F6F Hellcat – czyli Task Force 38) od razu zatopiły aż osiem japońskich okrętów.

Transportowiec wodnosamolotów Akitsushima uciekł z Laguny Truk z niewielkimi tylko uszkodzeniami. Podczas nalotów na Zatokę Manilską również miał mnóstwo szczęścia.  Do trzech jednak razy sztuka… Statek  został zaatakowany w Zatoce Coron jako pierwszy i również jako pierwszy zatonął.

Tankowiec Okikawa Maru, ciężko uszkodzony, dryfował po wodach zatoki jeszcze dwa tygodnie i został w końcu zatopiony przy okazji innego nalotu – w dniu 9 października. Kotwiczący po drugiej stronie wyspy Busuanga frachtowiec Kyokuzan Maru został tak ciężko uszkodzony i zniszczony przez pożar, że Japończycy sami go zatopili, nie widząc już żadnych szans na jego uratowanie. Jedynym statkiem, któremu udało się przetrwać atak i uciec do Hong Kongu (mimo ciężkich uszkodzeń), był drugi z tankowców, Kamoi Maru.

Przygotowując się do wyjazdu na Filipiny wiedziałem, że popularność wraków w zatoce Coron jest spowodowana tym, że miejsce to jest zdecydowanie bliższe niż położona na środku Pacyfiku Laguna Truk, poza tym wszystkie wraki są łatwo dostępne, a głębokość nurkowań nie przekracza 40 metrów. Wody zatoki są ciepłe i spokojne, a aż siedem z ośmiu wraków to olbrzymy mierzące od 140 do 200 metrów. Wszystkie wraki po precyzyjnych ostrzałach i bombardowaniach są naprawdę mało zniszczone, tak więc mamy idealne warunki do nurkowania. Większość wraków można bezpiecznie penetrować, nie powinno być też żadnych niespodzianek… Miejscowi przewodnicy znają je doskonale. Widoczność i ilość zawiesiny oraz planktonu jest najsłabszym punktem tego cudownego miejsca. Przejrzystość wody wahała się ona od 10 do 20 metrów, ale przy tych kolosach chciało się widzieć na większą odległość. „Łupież” w wodzie powodował również to,  że mocno musiałem się nakombinować aby zrobić zdjęcia na których go nie widać…

W zatoce jest jeszcze jeden wrak. Zupełnie nie związany z II wojną światową – wrak sporej łodzi rybackiej. Ze względu na brak czasu nie zanurkowaliśmy tam, wierząc naszym przewodnikom zdaliśmy się na ich scenariusz.

Poza wrakami ta malownicza okolica oferuje też nurkowanie na pięknych pełnych kolorowych korali miękkich rafach. Miejsca te odwiedzaliśmy głównie nocą, zaskoczeni bogactwem podwodnego  świata makro. No ale wraki były gwoździem programu i one jednak cieszyły najbardziej. To dla nich właśnie przyjechaliśmy do Coron…

Pierwszym; na którym zanurkowaliśmy był prawie 130-metrowy Olimpia Maru. Od razu złapaliśmy specyficzną atmosferę nurkowań na podwodnych cmentarzyskach. Przewoził on ładunek 1250 ton  ryżu i innych materiałów zaopatrzenia dla japońskiej armii.  Zatonął od strony rufy ok. 14:30 w dniu 24 września 1944 roku w wyniku ogromnego pożaru – po trafieniu w zbiorniki paliwowe, kuchnię i ładownie… Stał się cmentarzem dla 19 członków załogi.

Ograniczona nieco planktonem i zawiesiną przejrzystość wody tylko dodawała mroku i tajemniczości. Wrak leżał na równej stępce, a przestronne ładownie dały nam możliwość bezpiecznej penetracji wnętrza. Dziewczyny trzymały się jednak wyżej, nieco nad wrakiem. Mogły dzięki temu podziwiać ogromną liczbę nowych mieszkańców, którym wrak dawał  bezpieczny azyl.

Następnym celem był dla nas Morazan Maru, który spoczywa na prawej burcie; do 26 metrów w najgłębszym miejscu.  Lewą burtę Morazana  pokrywa w całości dywan twardych korali, głównie o okrągłych kształtach i średnicy kilkudziesięciu sentymentów. Wrak zamieszkany jest przez liczną kolonię skorpen i skrzydlic, należy więc zwrócić szczególną uwagę na pływalność. Tutaj ponownie dokonaliśmy zanurzenia do przestronnych ładowni, oraz maszynowni statku. Kolejne dni naszych nurkowań to kolejne japońskie wraki – Irako, Kogyo,  Akitsushima oraz Okikawa. Powoli poznawaliśmy historię ich zatonięcia i smutny wojenny los. W naszym resorcie mogliśmy również zobaczyć archiwalne zdjęcia i trochę gadżetów wyciągniętych spod wody podczas pierwszych nurkowań w latach osiemdziesiątych minionego wieku. Bar i okalające go ściany pełne były fotek i przedmiotów dotyczących japońskiej floty i amerykańskich nalotów. Dotykaliśmy niemalże historii. Przypomniałem sobie nawet jak egzotycznie brzmiały podręczniki historii mówiące o walkach Amerykanów z Japończykami gdy uczyłem się do matury. Teraz po wielu latach mogłem być w tych miejscach oddalonych o kilka męczących lotów samolotem, gdzie słońce wschodziło 7 godzin wcześniej, gdzie nigdy nie śniłem że będę… Ogromny, 200 metrowy Irako Maru również osiadł na dnie  na równej stępce. Na początku przywitała nas pokaźna ławica jackfishów otaczająca z gracją jeden z masztów. Powolne zanurzenie w ławicy lśniących srebrzystych ryb uzupełniło wspaniale przebijające się z góry słońce i jego załamane w wodzie promienie. Cudo, bajka, national geographic na żywo!. Wszyscy czekali cierpliwie na dole, ale po kilku minutach już mnie na różne sposoby przywoływali abym podążał dalej. Ja się jednak zupełnie zawiesiłem… W końcu dotarłem do wnętrza tego kolosa. Rozległe ładownie i dobry przewodnik, dały nam możliwość łatwej penetracji Irako. Piękne nurkowanie, aż nie chciało wychodzić się z wody, tylko zmienić butle i wracać…. Dobrze że mam dużo zdjęć!

Wrak Kogyo Maru leżał na prawej burcie. Na górnym pokładzie widoczne były dobrze zachowane działka przeciwlotnicze, a w ładowniach dzięki naszemu nieocenionemu przewodnikowi można było zobaczyć betoniarkę, buldożery, oraz wiele innych maszyn budowlanych. Statek zatonął szybko – ok. 9 rano w dniu 24 września zabierając ze sobą na wieczny spoczynek aż 39 japońskich marynarzy.

Akitsushima Maru był transporterem wodnosamolotów i zatonął u wybrzeży wyspy Manglet. Spoczywa na lewej burcie, na piaszczystym dnie, opadającym w tym miejscu do 38 metrów. Największe wrażenie robi gigantyczny dźwig rufowy, zamontowane na pokładzie działka przeciwlotnicze, oraz taśmociągi do ładowania amunicji. Statek doznał drobnych obrażeń zadanych przez amerykańskie samoloty w pobliżu wyspy Buka 1 Wrz 1942. Otrzymał też dwa bezpośrednie trafienia bombami podczas operacji Truk Lagoon 17 lutego 1944 roku. Dzięki swojej mocnej budowie statek jednak ocalał. Dla porównania, okręty alianckie o podobnym profilu miały niewielkie szanse na przeżycie takich ostrzałów. Po naprawie w Japonii Akitsushima Maru wrócił do użytku w lipcu 1944. Do Coron Bay przybył niemal w tym samym czasie co Irako i zakotwiczył w wąskiej cieśninie oddzielającej wyspy Lajo  i Manglet.  Został trafiony w  zbiorniki paliwa lotniczego, wywrócił się i zatonął. Tankowiec Okikawa Maru spoczywa nieopodal południowo-zachodniego wybrzeża wyspy Busuanga. Leży na równej stępce i praktycznie w całości pokryty jest dywanem korali. Ze względu na niewielką głębokość, na której znajdują się pokłady statku (10 – 16 metrów), mogą na nim nurkować nawet niedoświadczeni nurkowie. To spodobało się naszym kobietom. Tym razem wyjątkowo powaliła nas widoczność. Do tej pory słaba nagle stała się niesamowita. Okikawa to kolejny olbrzym o długości 200 metrów, więc lepsza widoczność pozwoliła dostrzec nam gabaryty wraku – cmentarza. Statek przybył Coron Bay w dniu 23 Wrz o godz. 18 00 i zarzucił kotwicę w pobliżu miasta Concepcion.  Okikawa Maru został zaatakowany przez  bombowce nurkujące o godz. 08 55 w dniu 24 września. Samoloty zbombardowały  go i udały się dalej na ostrzał wodnosamolotu Akitsushima.  Statek zaczął tonąć, ale ostatecznie osiadł na dnie dopiero 9 października. Podobno trzech artylerzystów oraz 5 lub 6 żeglarzy zginęło. Reszta załogi opuściła  statek i ocalała. I to byłoby na tyle… To wszystko co napisałem na gorąco, podczas wyjazdu. Pisać nie było kiedy – albo nurkowanie, albo jedzenie, albo impreza… No i te książki… Połknąłem dwie cegły, ale tak fajne że ciężko było się oderwać od czytania…

Kolejna część tego tekstu powstaje w Polsce, w środku nocy (dnia J) w wyniku zaburzenia doby. Próbowałem, robiłem co mogłem, ale niestety nie udało mi się automatycznie powrócić do polskiego czasu – wciąż jestem aż sześć godzin „do przodu”. Chociaż powrót trwał ponad dobę, mam cały czas w pamięci nasze liczne filipińskie przygody… Cały czas widzę wraki z Coron, jezioro Barrakuda, oraz niesamowity  świat makro na wyspie Ticao, nie wspominając już o rekinie wielorybim. Wiem, że tam wrócę ponieważ na tych kilku powojennych złomowiskach można wykonać spokojnie kilkadziesiąt nurkowań, za każdym razem odkrywając coś nowego. No i  ciekawych miejsc na Filipinach jest naprawdę dużo. Nurkowania wrakowe w okolicach Coron dostępne są dla każdego, a warunki jeszcze te nurkowania ułatwiają… Działająca wyobraźnia mogła dać obraz tego, co działo się w tym miejscu blisko 70 lat wcześniej. Ciarki i dreszcze murowane. Na szczęście dziesiątki zrobionych zdjęć nie dadzą zapomnieć o wielkich wrakach japońskiej marynarki.

Niesamowitym akcentem zakończyliśmy nasz pobyt na wyspie Sagnat. Po długiej drodze pokonanej nurkową łodzią pająkiem dotarliśmy do przedziwnego miejsca. Jezioro Barakuda Lake to naprawdę coś niepowtarzalnego. Przewodnicy zakazali nam zakładać skafandrów. Nurkowanie w tym geotermalnym jeziorze jest niepowtarzalną  przygodą, która zaczyna się jeszcze na długo przed wejściem do wody. Dostępu do wody bronią bowiem ostre i wysokie wapienne klify. Na pierwszy rzut oka zapora ta wydaje się być nie do przebycia, jednak można wśród ostrych skał odnaleźć wyłożoną deskami dróżkę z licznymi podejściami, stromymi zejściami i mostkami. Małe oczka z lazurową wodą po drodze już zaczynały nas nakręcać. Słabszym fizycznie nasili filipińscy przyjaciele za kilka peso sprzęt dostarczyli pod samą krawędź jeziora. O ryba ktoś krzyknął… Tu jest życie! Ale czad. Woda w jeziorze jest krystalicznie przejrzysta – z powierzchni bez problemu widać zalegający na głębokości 34 metrów osad… Niesamowity, bajkowy krajobraz, rozciąga się również pod powierzchnią wody. Niezwykłe uwarstwienie wody, z jedną halokliną i dwiema wyraźnymi termoklinami, również dostarcza niecodziennych wrażeń…

Życie w Barrakuda Lake jest bujne i różnorodne – spotkać tu można krewetki, langusty, sumy, oraz podobno… barakudy! Najwięcej było jednak malutkich mieszkańców – ciekawskich rybek przypominających akwariowe brzanki. Małe sumiki wyglądające nieco jak wiewiórki pływały obok  przezroczystych i  wścibskich krewetek. Podobno w północnej ścianie jeziora znajduje się intrygująca długa na 90 metrów jaskinia, no ale my na jednym tylko nurkowaniu wszystkiego zobaczyć nie daliśmy rady! Ktopś z naszej załogi zauważył podobno sporego suma, ale jego opowieść została zaraz nieco spacyfikowana i sprowadzona do kategorii bajeczki.

Pierwszą warstwę jeziora, do głębokości 4 metrów stanowi woda słodka (chociaż w ustach wyczuwałem minimalne zasolenie). Pod nią znajduje się dziesięciometrowa warstwa bardzo ciepłej, słonej wody o temperaturze 28 C, pod którą znajduje się kolejna warstwa słonej wody, o niewiarygodnej temperaturze 38 C… Do nurkowania w tym jeziorze nie potrzeba naprawdę skafandra… Do głębokości 34 metrów woda jest niewiarygodnie przejrzysta, jednak ostatni metr nad dnem pokrywa bardzo gorąca ciecz koloru i przejrzystości herbaty, powstała z rozpuszczonych substancji organicznych.

Podobno w okolicy jest jeszcze jedno świetne miejsce – Cathedral Cave. Jaskinia znajdująca się w najbardziej na południe wysuniętym klifie wyspy Coron. Podobno nurkowanie możliwe jest tylko przy odpowiedniej pogodzie, gdyż próba wpłynięcia przy dużym falowaniu może skończyć się poważnymi obrażeniami. Tak mówił nasz nieoceniony przewodnik, a my nie mieliśmy powodu aby mu nie wierzyć. Są więc konkretne powody żeby wrócić do zatoki Coron… Powrócę tam na pewno! Zaraz po powrocie pytany przez rodzinę i znajomych –  jak było?!? odpowiedziałem super. Ale tak naprawdę zdanie relacji z wyjazdu musiałby potrwać kilka godzin, a i tak wszystkiego bym nie powiedział…Nawet ten tekst muszę podzielić na dwie części bo byłby po prostu za długi. Dobrze się pisze w nocy!

[nggallery id=311]

Po tygodniu spędzonym w zatoce Coron, przyszedł czas na zmianę miejsca. Nurkowanie na Filipinach znane jest również z pięknego, bogatego świata makro oraz możliwości pływania z rekinami wielorybimi. I takie były też nasze cele w następnych dniach wyprawy. Po jednym dniu spędzonym w Manili udaliśmy się do Donsol. Miejsce to od listopada do czerwca dzięki bogatym składnikom odżywczym pochodzącym z rzeki Donsol przyciąga rekiny wielorybie. Jest ich w tym okresie największa na świecie kolonia w jednym właśnie miejscu. Rekin wielorybi znajduje się na liście gatunków zagrożonych. Na całym świecie odnotowano podobno tylko ok. 1000 osobników. Nie wiem, czy to prawda, ale nawet wikipedia podaje, że jest to gatunek zagrożony wyginięciem. Żyje on na ziemi od 245 – 265 mln lat, jednak po raz pierwszy sklasyfikowano go dopiero w 1828 roku. (…) Rekin wielorybi jest gatunkiem jajożyworodnym. Dojrzałość płciową uzyskuje w wieku około 25 lat, a Samica rodzi jednorazowo do 16 młodych. Naukowcy z Australian Institute of Marine Science wykazali, że średnia długość tych wielkich ryb zmniejszyła się o ok. 2 m na przestrzeni lat 1996-2006, co może świadczyć o nielegalnym odławianiu większych osobników. Jest on gatunkiem kosmopolitycznym, migrującym, występuje w pelagialnych wodach tropikalnych i subtropikalnych całego świata. Pływa blisko powierzchni wody, samotnie lub w stadach liczących do stu osobników. Zjada plankton i nekton – skorupiaki, głowonogi i drobne ryby pelagiczne. Jego wędrówki są prawdopodobnie związane z rozwojem planktonu i zmianami temperatury wody. Głowa rekina wielorybiego jest mocno spłaszczona, a szeroki otwór gębowy znajduje się w położeniu końcowym, oczy są małe. Przy nozdrzach występują śladowe wąsiki. Wzdłuż grzbietu i boków ciała przebiegają trzy kile – dwa na górze, jeden pośrodku ciała. Grzbiet jest ciemnoszary, czerwonawy lub zielonkawobrązowy z białymi, żółtymi i zielonymi cętkami ułożonymi w regularne rzędy, brzuch ma biały lub zielonkawy. Gdy osiągnie 4 metry długości, ubarwienie jego już nie ulega zmianie; naukowcy nazywają je szachownicą – z indywidualnym jedynym kodem symboli u każdego osobnika. Rekin wielorybi to największy przedstawiciel rekinów. Jest łatwo rozpoznawalny po specyficznym ubarwieniu. Jest też największa znaną rybą. Według oficjalnych pomiarów długość ciała osobników tego gatunku dochodzi do 12.65 m a masa ich ciała sięga 13,6 t (niepotwierdzone dotąd pogłoski mówią o osobnikach nawet 20-metrowej długości, ważących około 25 ton). Pomimo imponujących rozmiarów i groźnie brzmiącej nazwy, rekin wielorybi jest rybą łagodną i nie stanowi zagrożenia dla człowieka. Jest jednym z trzech znanych rekinów żywiących się planktonem. Pozostałe dwa to długoszpar i megachasma pelagios. Rekin wielorybi dożywa ponad 70 lat. Jest niestety poławiany gospodarczo, a jego mięso osiąga wysokie ceny. Nieprowokowany nie stanowi zagrożenia dla człowieka (wikipedia.org).

 

Dzięki inicjatywie ekologicznych interakcji w Sorsogon – Konsol, wiedza naukowa o tych cudownych lecz ciągle tajemniczych rybach stale wzrasta. Powiększa się jednocześnie świadomość o zagrożeniu tego gatunku wśród rzeszy turystów pragnących popływać u jego boku. Sam, widząc te olbrzymy pod wodą podniecałem się jak dzieciak, a ujrzenie na własne oczy takiego olbrzyma płynącego z wielką gracją i spokojem to niezapomniane wrażenie.

Muszę przyznać, że obawiałem się sytuacji w której nie uda się nam zobaczyć tej ryby… Morze, ocean czy każdy inny akwen naturalny to przecież nie akwarium, więc gwarancji że jakiegoś tam zwierzaka zobaczymy nikt dawać nie powinien. Na szczęście jeden rekin wielorybi (Butanding po filipińsku) postanowił że możemy go sobie pooglądać. Chętnych nie brakowało. Na szczęście większość snorkelistów to byli żałośni azjaci ubrani po szyję w kapoki i zaparowane od trzymania na czole maski. Dzięki temu mieliśmy przewagę i mogliśmy „atakować” rekina kilka razy, bo byliśmy po prostu dużo szybsi (hehe). Cała impreza czyli Whale Shark Interaction zaczynała się od odprawy i oglądania filmu przedstawiającego zasady obcowania z rekinami. Osób w wodzie miało być maksymalnie sześć, nie można było też rybska dotykać. Należało ponad to zachować dystans 3 metrów od zwierzaka, nie używać lamp błyskowych, skuterów i sprzętu nurkowego (poza maską fają i płetwami). Okazało się że musimy odpłynąć spory kawał od Sosogon. Łodzie na filipinach to takie śmieszne dosyć wąskie wynalazki, dla stabilizacji wyposażone w boczne pływaki. Są niemal identycznej konstrukcji. To co je odróżnia to tylko zróżnicowane gabaryty. Takich łódek ścigających rekina wielorybiego naliczyłem kilkadziesiąt. Na każdej z nich najwyżej jak się tylko dało sterczeli obserwatorzy szukający ciemniejszej wody – cienia wielkiego cielska. Oznaczać to miało że tuż pod wodą płynie sobie  butanding. Po namierzeniu rekina zaczynał się wyścig łódek i ludzi płynących ślepo za przewodnikiem. Ślepo – bo przejrzystość pierwszego dnia naszych spotkań z wielorybim wynosiła ledwie kilka metrów i przypominała polskie jezioro. Namierzyliśmy osobnika o długości ok. 7 metrów, a po chwili nieco mniejszego. Nie byłem zadowolony ze zdjęć, więc postanowiłem wrócić do Sorsogon za kilka dni… Cała nasza ekipa po kilka razy oglądała to niesamowite zwierzę. Walka z prądem, wskakiwanie na łódź by za chwilę znów w niej się znaleźć – nieźle nas to wszystko wymęczyło… Jednak humory podczas płynięcia na wyspę Ticao (do naszej kolejnej bazy) dopisywały. A jak tylko czuliśmy zmęczenie ten dobry humor podtrzymywał śmiesznie tani ale naprawdę niezły rum (w cenie ok. 5 zł za 0,75 litra). Dopłynięcie do naszego drugiego resortu trwało długo. Porządnie zmęczeni dotarliśmy już po zmroku. Po pysznej kolacji i zajęciu domków zbudowanych kilka miesięcy wcześniej – prawie na plaży, mogliśmy w końcu odpocząć. Mieliśmy nawet klimatyzację, ale pełen obraz resortu, naszych chatek, plaży i okolicy wyłonił się dopiero rano. Raj na ziemi. Drugie miejsce naszego pobytu na Filipinach – zupełnie inne od Sagnat – od razu nas zachwyciło. Wyspa było ogromna, plaża długa, a nowe domki komfortowe. Jedzenie wyśmienite, a jedna z kolacji na nasz wniosek zorganizowana na plaży to była jedna z chwil dla których chce się żyć. Napaleni na owoce morza, dostaliśmy ich tyle że zostały… Nie daliśmy rady zjeść wielkiego grupera, kilku krewetek i wielkich kalmarów. Kraby i małże poszły jednak szybko… Talerze wykonane z liści bananowca często opróżnialiśmy z ości, skorupek i innych śmieci.  Rum z sokiem z kokosa wprowadzał w błogi nastrój. Ognisko i wiszący nad spokojnym morzem księżyc inicjowały retoryczne pytanie – jak żyć ??? …panie premierze…! Siedząc z pełnymi brzuchami w takim otoczeniu byliśmy przekonani że musimy szukać nowych podobnych miejsc, że to po prostu sposób na życie i motywacja do ciężkiej pracy, która może pozwolić na podróżowanie i takie właśnie chwile.

Całkiem przypadkiem udało nam się stworzyć i skutecznie wypromować wśród chyba wszystkich uczestników nowy drink: rum z sokiem z zerwanego przed chwilą kokosa. Trochę przypadkiem opracowaliśmy technikę zrywania wielkich orzechów i ku zdziwieniu obsługi resoru nazrywaliśmy ich sporą ilość. Zadowoleni nauczyliśmy się szybko rozłupywać kokosy uzyskując świeży sok/mleko i smaczny miąższ. Długo też nie trzeba było czekać, aż ktoś popijając rum połączył go z mlekiem nadając tym samych niepowtarzalną barwę i smak. Kłóciliśmy się jedynie o proporcje. Jednym było za mało rumu innym za mało mleka…

Pobyt na Ticao miał nam dać możliwość nurkowania na ciekawych miejscach wysp San Migiel  i poszukiwania najmniejszych mieszkańców rafy. Miały być też manty, ale zabrakło nam szczęścia i o tych nurkowaniach chciałbym jak najszybciej zapomnieć.

Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiego bogactwa podwodnego świata makro. Mozambik, a nawet Komodo nie zaoferowały takiego ciekawego nurkowania gdzie można było obserwować na jednym nurkowaniu kilkanaście gatunków ślimaków nagoskrzelnych, krewetek, czy innych dziwolągów. Jestem też pewien że widziałem kilka ryb i stworzeń, których zupełnie nie znałem, a ich kształty i kolory były niesamowite.

Piękna krewetka mantis, wiele gatunków anemonów, malutkich krewetek i krabików (czasami tak małych że praktycznie nie do wytropienia), czy też mnogość ślimaków nagoskrzelnych w otoczeniu pięknych miękkich i twardych korali powodowała że niemal każde nurkowanie kończyłem na wydechu. Nieduże głębokości powodowały że nurkowania trwały bardzo długo (mój rekord to 110 minut). Nie każdy jednak lubi wyszukiwać małych mieszkańców morza, kazałem więc wszystkim podejść do naszych nurkowań makro tak jak do grzybobrania. Powoli, spokojnie z zaglądaniem we wszelkie możliwe miejsca. Kilka osób złapało bakcyla i świetnie się bawiło na takich nurkach. Ja skupiony na zdjęciach byłem wręcz wniebowzięty. Jednym z piękniejszych nurkowań była długa jaskinia (ok. 100 metrów) z dostępem światła i fajnie zacieśniającym się jęzorem. Była naprawdę bezpieczna i tworzyła niesamowity obraz. Została też plenerem do pozowanych fotek, które całkiem nieźle wyszły…

Filipiny są katolickim krajem  – co naprawdę widać na każdym kroku. Wszędzie spotykaliśmy kościoły i kapliczki, a mieszkańcy słysząc że jesteśmy z Polski kojarzyli nas szybko z poprzednim papieżem i traktowali bardzo przyjaźnie. Podczas płynięcia na nurkowanie w okolicy wysp San Migiel na jednej z mniejszych wysepek dostrzegliśmy długi budynek pokryty palmowymi liśćmi z wielkim napisem – SCHOOL. ??? Urocza wyspa z niebiańską plażą i kameralnym portem stanowiła bazę edukacyjną dla małych mieszkańców całej okolicy Ticao Island. Jeden z naszych przewodników pokazał później nam dystans jaki z jednej wyspy dzieciaki pokonywały wpław aby codziennie  dotrzeć na lekcje. Po prostu szok. W naszej kulturze nie do pomyślenia że młodzież tak bardzo chce się uczyć. W biednych krajach szkoła jest na wagę złota i nawet kilka kilometrów wodą nie stanowi przeszkody. Podobno w zeszłym roku los dzieciaków jednak  się odmienił, gdyż rząd filipiński zakupił dla dzieciaków małe łódki aby mogły szybciej i bezpieczniej dostawać się do szkoły…

Czas pędził nieubłaganie i powoli kończył się nasz pobyt na Filipinach. Przeżyliśmy dwie wielkie ulewy – jedną w Sagnat i drugą na Ticao. Tak pada tylko w Azji. Ściana deszczu a potem spokój. Ilość spadającej wody tworzyła jeziorka i rzeki. Podczas opadów temperatura spadała do jakich 23-26 stopni – i chwilowo wynosiła tyle co w nocy. Prawdziwy upał dopadł nas dopiero w Manili. Poza upałem, Mikę dopadł też złodziej zrywając jej złote łańcuszki z szyi. O dziwo nie zraził się łobuz tym, że zrobił to akurat w Wielki Piątek. Jego krajanie świętowali, licznie wyłażąc na ulice i uczestnicząc w odpustach ale on może był niewierzący. Incydent ten przypomniał nam jak niebezpieczna jest Manila. Niby wiedzieliśmy to, bo każdy przewodnik i informator o tym mówił, ale jak wiadomo najlepiej uczymy się na własnych błędach. Ja też robiąc zdjęcia zapuściłem się za daleko. Kilka przecznic w bok i poczułem się jak na warszawskiej Pradze nie w tym czasie i nie w tym miejscu co trzeba… Wyczułem jednak szybko gęstniejącą atmosferę. Bez zbędnej zwłoki schowałem aparat i opuściłem towarzystwo szemranych typów okupujących boczną uliczkę. Manila jak większość azjatyckich wielkich miast niczym raczej nie zachwyca. Jak wszędzie specyficzne pojazdy masowej komunikacji, korki i morderczy upał (w naszym przypadku +37…). Na Filipinach pojazdami służącymi do masowego przemieszczania się są małej pojemności motocykle z przedziwnej konstrukcji koszami, z zadaszeniem i przednią szybą, oraz pojazdy będące krzyżówką jeepa Wranglera z autobusem. Oczywiście każdy pięknie oklejony i wymalowany – po prostu wiejski tuning pełną gębą.

Miejsca, które w Manili można polecić to z pewnością targ rybny z licznymi restauracjami, gdzie można sobie zamówić dania przygotowanie na dowolny sposób z zakupionych przed chwilą (świeżych) owoców morza. Jest naprawdę ogromny wybór, a ceny w porównaniu do tych europejskich po prostu śmieszne. Zwiedzanie miasta trochę popsuło nam świętowanie. Wielkanoc na Filipinach zaczyna się już w środę. Nie działały większe sklepy i banki – nie było za to korków… Na ulicach, szczególnie przy kościołach królowały barwne stragany – prawdziwy odpust jak u nas w mniejszych miejscowościach. Różnica polegała tylko na tym że na Filipinach ilość ludzi była po prostu ogromna. Jedzenie ze straganów było smaczne i tanie. Próbowaliśmy zatem pieczonych bananów z karmelem, dziwnych owoców i różniastego pokarmu podawanego na patykach, w torebkach lub po prostu do ręki. Za to coś innego ciężko  było kupić – wszystko fatalnej jakości – chyba jakieś odrzuty z tanich chińskich fabryk… Także najlepszym prezentem pozostawał rum, no i może koszulki z Sorsogon/Donsol.

Cała nasza drużyna spisała się na medal. Powrót przed samymi świętami pozwolił zaaklimatyzować się ponownie w naszym kraju i niższej  temperaturze. Zdjęcia i filmy nie pozwolą zapomnieć o kolejnej pięknej przygodzie, ale coś czuję że na Filipiny wrócę jeszcze nie raz…”

Miłosz Dąbrowski

milosz@aquadiver.pl
www.aquadiver.pl

[nggallery id=312]

Poniżej film z wyprawy na Filipiny:

Tagi strony:

Zobacz także najnowsze oferty naszych wyjazdów nurkowych: