nurkowanie Filipiny – 03/2008 cz.3

nurkowanie Filipiny

Oto relacja z wyprawy – nurkowanie Filipiny:

Powrót do Manili

filipiny-donsol-7.jpgGdy już umilkło „Czerwony jak cegła” ruszamy w dalszą podróż, najpierw łodzią, potem jeepney’ami, na lotnisko i dalej do Manili. Niektórym podróż doskwiera zdecydowanie bardziej niż pozostałym, ale nic to! Jesteśmy dzielni. Na tym etapie podróży, przy akompaniamencie lokalnego rumu po 2$ za butelkę, zostaje także ukute powiedzenie, które, jak się okaże, na stałe wejdzie do słownika wszystkich obecnych: „mosty liczą się podwójnie”. W drodze na lotnisko spotyka nas jeszcze jedno cokolwiek podnoszące ciśnienie zdarzenie: w pewnej chwili znika nam z pola widzenia drugi samochód, którym jadą dziewczyny. Dojeżdżamy do lotniska i udajemy się na orzeźwienie San Miguel Light, gdy znika nam z pola widzenia także i nasz pojazd. Pierwsza, jeszcze nie nerwowa diagnoza brzmi, iż zapewne kierowca chciał zaparkować w cieniu i za chwilę wróci. Wraz z kolejnym San Migual jednak naszego jeepney’a nie ma nadal – przewodnik zaczyna wykonywać nerwowe ruchy poszukiwawcze. Po pół godzinie okazuje się, że auto dziewczyn miało w drodze awarię i konieczne było wezwanie drugiego pojazdu. Ot, taka rozrywka dla pań z okazji Dnia Kobiet.

Międzynarodowe lotnisko to kolejna atrakcja warta odnotowania: pas startowy – a i jużci, duty free – dwie chatki rozmiarów budki z hamburgerami, toaleta z szyldem „sponsorowana przez …..”, ważenie bagażu i siebie na wadze w stylu sklepu mięsnego. Niestraszne nam jednak takie małostki – lecimy do Manili. Docieramy po południu, dalszy wylot kolejnego dnia rano – zatem na podbój nocnej Manili!

Dobrze się składa, bo nasz hotel jest ulokowany poza downtown – w ramach wieczornego spaceru możemy zobaczyć prawdziwszą Manilę. O 10 minut od hotelu mamy duże targowisko. Handel kwitnie całą dobę, stragany mają postać niewielkich drewnianych budek, w których się mieszka, śpi i pracuje. Handluje się wszystkim drobnym: od żywności i owoców, przez drobną odzież, na płytach z muzyka skończywszy. Lokalne przysmaki to gotowane jajka z zarodkami kurcząt – stragany są tego pełne i na każdym kroku jesteśmy atakowani przez handlarzy. Na skraju targowiska bazę mają transportowcy: duży parking jeepney’ów i jeszcze większy motorowerów z przedziałem pasażerskim (pojazd trochę przypominający PRL-owskie motorynki dla niepełnosprawnych). Jak się okazuje, te pojazdy służą nie tylko za narzędzie pracy, ale pełnią także rolę domu swoich właścicieli. Przechodzimy także przez dzielnicę klubów nocnych – już na ulicy jesteśmy nagabywani przez rzeszę dziewczyn i chłopców reklamujących swoje usługi. Wejścia do wszystkich klubów strzegą obwieszeni po zęby ciężką bronią ochroniarze. Wieczorem, po kolacji mamy repetę wieczorka zapoznawczego – tym razem bez strat.

Donsol i rekiny wielorybie

Ino świt ruszamy lecimy do Legaspi City, a później dalej jeepney’ami do Donsol – słynnego na cały świat żerowiska whale sharks. Podróż to znowu doskonała okazja do podziwiania widoków.

Po dotarciu do Donsol mamy kilkanaście minut na zebranie osprzętu do snorkelingu i stawiamy się w lokalnym centrum na projekcję filmu o rekinach wielorybich. Po półgodzinnym filmie ruszamy na wodę w poszukiwaniu rekinów.

Zatoka Donsol jest bardzo rozległa i płytka, dzięki czemu zawiera bardzo dużo tak lubianego przez rekiny wielorybie planktonu. Zobaczenie tego olbrzyma jest tutaj praktycznie gwarantowane. Poszukiwanie odbywa się na niewielkich łodziach – na pokład wchodzi maksymalnie 10 osób. Przewodnicy krążą po akwenie wypatrując ryb, podpływają do nich i na okrzyk „now!” wszyscy wyskakują z łodzi do wody i ile sił płyną za przewodnikiem. Na kolejne hasło, już w wodzie, zanurzamy głowy i wypatrujemy. Przewodnicy są na tyle skuteczni, że wprowadzają dokładnie na samego rekina – po zanurzeniu widziany wielką, sunącą prosto na nas, w odległości 2-3 m otwartą paszczę. Pływamy z rekinami dobrze pół godziny, mamy je na wyciągnięcie ręki (dotykanie ryb jest oczywiście zabronione!). Nocujemy w Donsol, racząc się na uroczystej kolacji największymi krewetkami jakie świat widział. Następny punkt programu to poranna wyprawa na wyspę San Miguel w świat przepięknych korali.

San Miguel i świat makro

Nurkowania w rejonie San Miguel są najpłytszymi ze wszystkich jakie odbywamy, nie schodzimy nawet głębiej niż 10m. To co najlepsze – bujne życie rafowe – jest tu zlokalizowane na 5-6 m. Rafa wręcz obfituje miękkimi i twardymi koralami oraz drobnym życiem, jak chociażby zatrzęsienie najróżniejszych ślimaków nagoskrzelnych. Jest kolorowo jak w bajce. Przerwę między nurkowaniami mamy na wybrzeżu, przy lokalnej wiosce. Klimat miejsca jest zupełnie inny niż wszędzie gdzie byliśmy.

Manta Bowl

Po nurkowaniach kierujemy się na już ostatnią na naszej trasie wyspę i resort Ticao Island Resort. Po tylu dniach wyprawy resort jest dla nas niemal ekskluzywny: klimatyzowane pokoje, ciepła woda, SPA – gdzie nie tylko dziewczyny decydują się na masaże. Z bazy wypadowej Ticao wybierzemy się jeszcze jutro na nurkowanie na Manta Bowl z nadzieją spotkania z mantami, hammerheadami, thresher shark oraz koloniami tuńczyków.

Nurkujemy na 30m w takim prądzie, że zrywa maski z twarzy. Przed wskoczeniem przewodnicy bardzo proszą, aby od razu po skoku spadać do samego dna i zaczepiać się hakami – inaczej zostaniemy rozrzuceni i nici z oglądania. Wisimy uczepieni skał przez 20 minut – i rozczarowanie – ani jednej manty. Trochę zawiedzeni zaczynamy wynurzanie; może następnym razem. Na przystanku bezpieczeństwa zaczyna się walenie w butle – kilka metrów poniżej nas przepływają 8-metrowe rekiny wielorybie. Widok monstrualny: mija ciebie coś o rozmiarach autobusu, najpierw pysk, potem plamki, plamki, plamki i dalej plamki, potem dwumetrowa płetwa ogonowa. Manty jeszcze zobaczymy, ale czy whale sharka w pełnej krasie? Otóż zobaczymy, na kolejnym nurkowaniu! Przewodnicy nie dowierzali – w tym miejscu nigdy nie ma rekinów, a już na pewno nie ogląda się ich w całej okazałości na 10m. W trakcie wypłynięcia na drugie nurkowanie mamy jeszcze po drodze „stłuczkę” z jednym z rekinów – uderzamy w niego łodzią. Uszkodzona śruba przestaje działać i stajemy w miejscu. Po kilku minutach koło rufy wynurza się dwumetrowa głowa z niemym pytaniem w oczach „a wy to kto, u licha?” Olbrzym krąży koło łodzi przez kilkanaście minut, szczęśliwcy zdążyli złożyć aparat i wskoczyć do wody.

W drodze powrotnej z San Miguel zahaczamy ponownie o Donsol – rekinów odsłona czwarta, później w biegu pakujemy się jeepney’e i wracany na lotnisko a potem do Manili.

Manila po raz ostatni

Ostatni dzień w Manili to okazja do zwiedzenia miasta tym razem za dnia. Wyruszamy na całodzienną wyprawę po stolicy. Miasto to zlepek co najmniej dwóch absolutnie różnych światów. Downtown jest imponujące – to super nowoczesna, pełna biurowców metropolia. Szczególną uwagę zwraca „dwupiętrowe miasto” – rejon, w którym powyżej poziomu normalnego miasta znajduje się drugi poziom połączonych z sobą korytarzami, alejami i chodnikami budynków. To wszystko zawieszone jest na wysokości drugiego-trzeciego piętra, z dołu widać tętniące życiem pasaże. Obok tej nowoczesnej, jest jednak także Manila pełna skrajnej biedy: to rejon starego portu. Widoki bardzo smutne. Na koniec podróży docieramy jeszcze na kilkugodzinne zakupy do największego centrum handlowego w Azji.

Wieczorem został nam już niestety wylot i powrót do Warszawy. Kolejna wspólna wyprawa za rok – tym razem jedziemy do Meksyku!

Przeczytaj także:

Tagi strony: , , , ,

Napisz komentarz: