nurkowanie Filipiny – 03/2008 cz.1

nurkowanie Filipiny

Oto relacja z wyprawy – nurkowanie Filipiny:

filipiny-pandan-18.jpgPoczątek

Na Okęciu cała ekipa stawiła się karnie i o czasie. Po kurtuazyjnych powitaniach i wymianie uścisków ruszyliśmy w drogę – a było tego przed nami kilkanaście godzin lotu. Chociaż wszyscy uczestnicy zostali lojalnie uprzedzeni o fakcie, że będziemy podróżowali z małym dzieckiem (nasz syn miał wtedy 4 miesiące) trudno było nie zauważyć na twarzach rezerwy i wyczekiwania na to, jak młody zachowa się w trakcie tak długich lotów, czy też safari nurkowego. Wyczekiwanie na trzęsienie ziemi okazało się jednak niepotrzebne – Piotruś sprawował się rewelacyjnie, bezproblemowo i absolutnie zasłużenie zapracował na miano największej gwiazdy wyjazdu – pozostałym nic oczywiście nie ujmując z chwały.

Pierwsze wrażenia po lądowaniu w Manili: niesamowity tłok na ulicach, trąbienie jeepney’ów (czyli bardzo lokalnych wersji jeep’ów), miasto będące miksturą wschodniej biedy i wielkiego świata. Do hotelu zostaliśmy dotransportowani bardzo sprawnie, po odświeżeniu oczekiwała nas uroczysta kolacja powitalna wraz z omówieniem planu gry na najbliższe 15 dni.

Pierwsze wrażenia z hotelu były mieszane – bardzo boczna uliczka i fronton wciśnięty pomiędzy absolutnie niereprezentacyjne budynki. Jednak już od momentu wejścia do środka tylko pozytywne zaskoczenia: bardzo duże i wygodne pokoje, przestronnie, uroczy basen otoczony zielenią. Po kolacji, rzecz jasna, czas na część integracyjną dnia pierwszego – zdecydowanie udaną, chociaż okupioną zgubionymi butami (niech żyją hotelowe różowe klapki kąpielowe), zaginionym i odnalezionym paszportem, z lekka nadłamanym nosem (basen wyglądał naprawdę na głębszy w tym miejscu) oraz odrobiną nerwówki przy zbiórce do wylotu (gdzie u licha zgubili się ci, których nie ma?!). Zbiórka o 4 nad ranem i ruszamy w podróż na Pandan.

Droga na Pandan

Relacji z przelotu nie będzie – ciemno było… Ale już począwszy od momentu lądowania jest o czym opowiadać. Lokalne lotniska (często o statusie lotnisk międzynarodowych), gdyby nawet je grubo doinwestować, to bardzo ubodzy krewni naszych lotnisk polowych. To, na którym lądowaliśmy to zwyczajny pas startowy wciśnięty w środek buszu. Na ladzie aspirującej do funkcji „odbiór bagażu” z naszymi walizkami sąsiadowały gdaczące klatki oraz inne wiązane sznurkiem pakunki o mocno podejrzanej treści. Największe wrażenie robią jednak przechadzające się wokół nas grupki żołnierzy wyglądających bardziej na nikaraguańskich Contras niż na jakąkolwiek formę regularnego wojska. Co najważniejsze jednak, są bardzo przyjaźni i z uśmiechem pozują do zdjęć. W tle stoją śmigłowce żywo wyjęte z wojny wietnamskiej. W trakcie załadunku bagażu na jeepney’e można by dojść do wniosku, że Egipcjanie marnują mnóstwo powierzchni ładunkowej swoich aut: tutaj poza stosem walizek na dachu mieści się bowiem co najmniej kilka miejsc pasażerskich.

Droga jeepney’ami zajmuje nam kilka godzin i jest doskonałym momentem na podziwianie zapierających dech w piersiach widoków: soczyste zielenią pola ryżowe, w tle łańcuchy gór wulkanicznych, inne urodą niż gdziekolwiek wioski (o tym dalej). Przystanki w drodze są okazją do spróbowania owoców, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy. Docieramy w końcu nad ocean – czekają już na nas łodzie mające zabrać nas na pierwszą z wysp – Pandan.

Na Filipinach pływa się tylko i wyłącznie na trimaranach, jakkolwiek mylące może być to określenie dla kogokolwiek, kto parał się żeglarstwem. W odmianie lokalnej to długa, bardzo wąska łódź z dwoma bocznymi pływakami, zrobionymi ze związanych bambusowych kijów. Zalety: stabilna, mało buja, szybka. Wady: kabina jest jedna, długa i wąska, wspólna rolę mesy, kambuza i miejsca dla nurków pełni centralna, otwarta część łodzi 3x4m. Folklor lokalny ma w tym względzie niezaprzeczalny urok. Nawet najmniejsze, 1-2 osobowe łodzie wyglądają podobnie (rzecz jasna odpowiednio mniej obszernie).

Pierwsze wrażenia z Pandan – tak zapewne wyglądało kiedyś w raju. Malutka wysepka na środku oceanu, piękna biała plaża, szum palm i fal, chatki z trzciny i bambusa, na środku wyspy skalista góra z przecudnym widokiem. Zostaliśmy powitani oczywiście orzechami kokosowymi ze słomką, a chwilę później przepysznym obiadem z owoców morza. Wysepka ma może trzydziestu stałych mieszkańców, na gości czekają 2-4 osobowe domki na palach. Nie ma zamków czy nawet drzwi, szczęśliwie jest światło i prawie słodka woda. Co by nie mówić – jest to warte tych widoków i atmosfery. Poza homo sapiens wyspa jest zamieszkana przez kolonię żółwi, sporo istot pełzających i latających.

Ruszamy na safari

Po dwóch dniach na Pandanie przypłynęła po nas budząca wiele emocji łódź safari. Nawet pomimo wyjaśnień, że nasza oryginalna łódź miała awarię i w jej miejsce otrzymaliśmy łódź tylko o jeden metr mniejszą, komentarze „czy aby na pewno wszyscy się tam pomieścimy” były powszechne. W praktyce okazało się jednak, że zarówno obsługa jak i sama łódź były naprawdę świetne. W dolnej części była jedna duża kabina (5 osób + Piotruś), na górze na sundecku miejsce znalazła reszta ekipy.

Przeczytaj także:

Tagi strony: , , , ,

Zobacz także najnowsze oferty naszych wyjazdów nurkowych: